Tak. Niemoc. To dobre słowo. Jak się jeździ mało, niewiele... Prawie wcale... To prędzej czy później nadchodzi taki moment, że jazda na rowerze staje się męcząca. ;) I tak było właśnie dziś w moim przypadku.
Wczesnym rankiem wyruszyłem z ciepłego domku. Na dworze mróz. Trochę było mi zimno w palce u stóp. Na szczęście słońce, które po paru kilometrach zawitało na niebie, nieco podgrzało atmosferę. ;)
Traska jaką obrałem nie była przypadkowa. Chciałem odwiedzić jezioro Jańsko w Strużce oraz Jezioro Wełmickie w okolicy Przychowa i Wełmic. Na tym drugim jeszcze nigdy wcześniej nie byłem.
Do Strużki dojechałem poruszając się niemal wyłącznie drogami leśnymi (przez Lutol i Chocicz) – piaszczysty miejscami szlak dość mocno mnie wymęczył. W Strużce niestety nie dane było mi spędzenie czasu nad jeziorem, bo ośrodek wypoczynkowy, z którego jest jedyny (nie wymagający użycia sprzętu pływającego) dostęp do lustra wody był zamknięty. Okrążyłem jezioro szukając innej miejscówki, jednak tak jak się spodziewałem. Dokoła były tylko mokradła i... mokradła. ;) Dzięki tej wycieczce dookoła jeziora Jańsko mogłem się przekonać na własnej skórze, że na południe od niego są... wydmy. Trochę zarośnięte ale jednak. :)
W Wełmicach było podobnie, tam lustro wody jest całkowicie niedostępne dla piechura. Dowiedziałem się o tym dopiero na miejscu, po tym jak niemal przez godzinę forsowałem rowerem okolice tego akwenu tracąc resztki sił. :) Pocieszałem się tym, że jest piękna, słoneczna pogoda. :D Trzeba szukać pozytywów. ;)
Stamtąd do domu zostało 20 km. Jakoś się dotoczyłem... :D Aczkolwiek muszę przyznać, że toczyłem się w bardzo przyjemnej scenerii, bo podobają mi się tamtejsze okolice. :)
Cel był jeden: Pokonać rowerem trasę z Lubska do Zabrza i zmieścić się w limicie 24 godzin. To około 370 km. :D
A wyszło jak wyszło. :) Deszczowo, mokro, wietrznie, zimno, szaro, wreszcie ciemno... Z entuzjazmem, z motywacją, wielkimi chęciami - na początku... Ze zniechęceniem, bez sił, z bólem głowy, poczuciem beznadziejności - im dłużej pozostawałem na trasie... I pod koniec... KATHARSIS! A na koniec... gorący prysznic, łóżko, zasnąć i zapomnieć o poczuciu porażki. Odpocząć...
Tak było. :)
Czasem same chęci nie wystarczą. W życiu, żeby wybić się ponad przeciętność trzeba bardzo się starać i dużo pracować nim osiągnie się końcowy sukces. Ta reguła nie omija także tematów rowerowych. Brak treningu, mało godzin spędzonych na siodełku, mało godzin w ruchu. Nieodpowiednia wytrzymałość, brak mocy – bez tego 370 kilometrów na rowerze można zrobić co najwyżej na... Bikemap.net. ;)
Na trasie zmagałem się z bardzo niesprzyjającą pogodą. Jakoś dawałem radę. Praktycznie do 140 kilometra nie potrafiłem podjąć decyzji o kapitulacji. Mogłem wsiąść w pociąg w Legnicy, mogłem zatrzymać się na noc we Wrocławiu ale wciąż wierzyłem, że siła woli pozwoli mi dotoczyć się do Zabrza. Kalkulowałem, wiedziałem, że jadę za wolno, że robię za dużo przerw, że siły ubywają mi w zastraszającym tempie. Dwukrotnie zmieniałem koncepcję przejazdu trasy w trakcie jej pokonywania...
Telefon mi zamókł. Raz działał, raz nie. Kontaktowałem się z Asią. Motywowała mnie. Wierzyła we mnie jak na rasową Żonę przystało. ;)
Wreszcie odpuściłem. Czasem trzeba się poddać. Niestety. Ale jeszcze tą trasę pokonam. Nie udało się raz. Ale uda się następnym razem.
Pamiętam jak dojeżdżałem do Wrocławia. Ostatnie 50 kilometrów zdecydowałem się pokonać drogą krajową nr 94, bo na bocznych panowały egipskie ciemności, a od wytężania wzroku bolały mnie oczy. Towarzyszące mi w jeździe tiry i inne auta oświetlały drogę. Resztką sił przekroczyłem tablicę z napisem Wrocław – uśmiechnąłem się. Po chwili raził w oczy wielki billboard reklamujący napój energetyczny Tiger - krzyczący hasłem: „Power is back!” - tu już śmiałem się sam z siebie. :) Przejechałem Leśnicę i tocząc się ulicą Kosmonautów znalazłem się wreszcie przy nowo wybudowanej autostradowej obwodnicy wrocławia... Wjechałem wyżej estakadą. Przede mną rozbłysły światła miasta, ukazała się bryła nowego wrocławskiego stadionu, a w oddali mienił się autostradowy Most Rędziński, pięknie oświetlony. To wszystko tworzyło niesamowitą całość. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie (jeszcze rok temu to miejsce wyglądało „nieco” inaczej).
Katharsis.
Było mi już lepiej. :)
Myśląc o zmianach jakie przez rok czasu zaszły we Wrocławiu, o potężnych inwestycjach, o nadchodzącym EURO 2012, o moim zmęczeniu i... łóżku - znalazłem się wreszcie na Kozanowie. Wybiła... piąta rano. Jak zawsze znakomicie ugościli mnie Rodzice Asi. Dobrze jest mieć wzorowe relacje z... Teściową. :D
Ekipa jak wczoraj... Tylko trochę styrana po wieczorno/nocnych bojach, ekscesach, tańcach, swawolach, hulankach i alkotransach... ;) Pyszne śniadanko w wykonaniu mojej kochanej Żonki. Później jeszcze co niektórzy się przeciągali i wreszcie ruszyliśmy na rowery... Została tylko Asieńka, która poświęciła się dla dobra wszystkich i postanowiła przygotować nam obiadek. :)
Ruszyliśmy. Leniwie. Szybko musieliśmy zacząć myśleć i działać na podwyższonych obrotach, bo do pokonania była... wielka kałuża, która zalała dłuuuugi odcinek drogi gruntowej na naszym szlaku. Wszyscy zadowoleni, tylko Darek jakiś niemrawy... ;) Całe szczęście, że dzielny Igorek pokazał swojemu Tatusiowi jak się pokonuje takie przeszkody.
Pokonaliśmy piękny las (niegdyś lubski park) wyskoczyliśmy na ulicę Warszawską, minęliśmy rogatki Lubska i skierowaliśmy się ku Lutolowi, w którym na krótką chwilę przystanęliśmy przy tamtejszym kościółku co by można było trochę oddechu złapać. ;)
Dalej jechaliśmy już w stronę wioseczki Mokra, polnymi drogami. Nieco zbłądziliśmy, bo wylądowaliśmy jedną osadę dalej – w Chocimku. To nic, wszakże nadzwyczaj przyjemnie pokonywało się odcinki polnych dróg podtopione przez wodę, która wystąpiła z okolicznych strumyczków. :) Poza tym krajobraz na tym odcinku jest śliczny – z gryką w tle. :) A pogoda... Pogoda sprzyjała dziś takiej jeździe połączonej z wodną zabawą.
Wróćmy do Chocimka... Po wyjeździe na drogę wszyscy otrzepali się z... kleszczy. Tak profilaktycznie. ;) Poziom mojego szczęścia przekroczył wszelkie bariery, gdyż przed wjazdem do wioseczki czekała na nas moja Asieńka, która zdążyła w domku uporać się kotletami i... wyprzedziła nasz peleton. Teraz już mogliśmy jechać wszyscy razem.
Zaliczyliśmy przyjemny postój przy uroczym kościółku w Chociczu. Później spotkaliśmy na swej trasie chodzące luzem po drodze stadko koni. Gdzieś w międzyczasie zaliczyliśmy morderczy sprint, aż pot oczy zalewał. Trochę też kopaliśmy się na piaszczystych drogach leśnych (biedna Kosma na slickach). :D
I nadeszła ta chwila! Tytułowa zabawa – rzut kłodą w dal! Miejsce zawodów: skrzyżowanie PIĘĆ DRÓG gdzieś w lesie przy trasie Lubsko – Krosno Odrzańskie. ;) Ileż tam śmiechu było... Zamiast opisu polecam zdjęcia. :) Najlepiej kłodą miotali chyba Paweł i Jurek. Nie mniej jednak ciężko było wyłonić zwycięzcę i... go nie wyłoniliśmy. Można zapytać Wiktora kto najlepiej rzucał, bo on uważnie, z zażenowaniem i wielkim zdziwieniem, przyglądał się temu co robią dorośli ludzie w środku lasu. ;) Było wesoło.
Po wyjeździe z lasu, w okolicy Tymienic. Kierowaliśmy się już w stronę Lubska. Po drodze odwiedziliśmy ruiny w Osieku. Próbowaliśmy też znaleźć krzyż pokutny w okolicy Raszyna – niestety bezskutecznie. Za to nie mieliśmy problemów ze znalezieniem czynnego sklepu spożywczego w Lubsku. :) Po przejażdżce, jakże fajnej i wesołej, zimne piwo smakuje doskonale. Jeśli połączyć to jeszcze z pysznym obiadkiem... Jest jak w raju.
Diametralnie inaczej smakuje... pożegnanie. Tak, pożegnania są do bani.
I nastała sobota! Jeszcze bardzo wczesnym rankiem do pracki na kilka godzin... Ale pracka minęła przyjemniasto, bo towarzyszyła mi w niej Kosma Kosmaczewska 100® ™.
Gdy już powróciliśmy do Lubska, w domku czekała na nas Moja Najukochańsza Żonka Asia oraz Kibol Górnika - Dariusz, Przybysz z Pyrlandii – Jacek, Westchnienie Zabrzańskich Nastolatek – Wikuś i Kierownik Wszystkich Weekendowych Wycieczek – Igorek. Więc było miło. :D
Po kilku chwilach z Zielonej Góry doturlał się do nas Jurek, który do Winnego Grodu dotarł przy pomocy Przewozów Regionalnych, a następnie przepedałowawszy 50 km krajówką znalazł się w naszym Słodkim Mieście (podobno). :) Ledwie opadły emocje po wzruszającym przywitaniu się z Jurkiem, a trzeba było znów powstrzymywać spływające wartkim nurtem po policzkach łzy szczęścia i radości, które pojawiły się u wszystkich wraz z chwilą gdy do drzwi zakołatał Paweł, który tak wiele kilometrów przejechał z nami na wyprawie Dookoła Polski (podobnie jak wszyscy w/w). :D
Nadeszła pora obiadowa. Dziś postanowiłem odciążyć swoją Żonkę i zafundowałem gościom swoje danie popisowe – mrożone pierogi ruskie oraz pierogi z mięsem (również mrożone). :D Gdy już wszyscy zmęczyli ten obiad i najedli się do syta wyruszyliśmy na wycieczkę zagraniczną. Zapakowaliśmy siebie i rowery w auta, spaliliśmy gumę na trawniku, jeszcze parę popisów na szosie i znaleźliśmy się w przygranicznych Zasiekach.
Kolejne trzy godziny spędziliśmy po drugiej stronie Nysy Łużyckiej u naszych sąsiadów – Niemców. Mogliśmy obserwować wezbrany tego dnia nurt przygranicznej rzeki (wspomnę, że tego dnia nie wszędzie ścieżka rowerowa Oder-Neiße była przejezdna, powodem podtopienia). Pokręciliśmy się po Forst, gdzie zawitaliśmy w Parku Różanym oraz na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich. Po spenetrowaniu kilkunastu uliczek tego dolnołużyckiego miasteczka pognaliśmy ścieżką na południe do Groß Bademeusel. Do Forst wróciliśmy już gładkim asfalcikiem – bardzo przyjemny odcinek. Całej naszej wyprawie towarzyszyły wesołe rozmowy – świetna sprawa spotkać się w takim gronie. Nad tym aby wszyscy trzymali równy szyk i za bardzo się nie ociągali czuwał Igorek, który dyktował niezłe tempo oraz zarządzał przerwy na picie, gdy już wszyscy oddychali rękawami i nie mieli siły jechać za nim dalej. :D
Fajnie. Uwielbiam takie sielankowe klimaty. Nie zawsze tak można. Nie można tak na co dzień. Bo takie jest życie – to normalne. Ale dobrze, że gdy już jest ten weekend, to można sobie zafundować takie sympatyczne chwile. Szkoda tylko, że czas wtedy jakby przyspiesza i godziny zdają się biec w tempie iście sprinterskim. Tak to już jest. ;)
O after party nie będę pisał, bo... to blog rowerowy. ;P Taki żarcik. :) Napiszę tylko, że grillowane mięsko i zimne piwo w ciepły, letni wieczór... W takim towarzystwie... To jest mieszanka gwarantująca setki miłych wspomnień. Przy okazji świętowaliśmy... poczwórne urodziny – Asi, mojej Mamy, Kosmy i Darka! Tak więc było hucznie i wesoło. Nie zabrakło nawet akcentów z Adama Mickiewicza (i nie chodzi tu o wódkę Pan Tadeusz)! :D
„(...) Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął, Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha, I zagrał: róg jak wicher, wirowatym dechem Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem. Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni. Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął, Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął; Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy, Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy. Bo w graniu była łowów historyja krótka: Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka; Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie; A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie. Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało, Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało...”
Takich dni i wieczorów nigdy za wiele. Chcę więcej. :)
Od kiedy wróciliśmy z Asią z Gotlandii w Polsce niemal bez przerwy leje... Sytuacja jest już na tyle nieciekawa, że w okolicy wiele miejsc przypomina tereny dotknięte powodzią...
W takiej scenerii wyczekiwałem kolejnego lipcowego weekendu. Dni w których mieliśmy się spotkać z naszymi przefajnymi rowerowymi Przyjaciółmi: Anetką, Kosmą, Darkiem, Jurkiem, Pawłem, Wiktorem i Igorkiem. Tym razem spęd odbył się na naszych lubuskich terenach. :)
Jako pierwszy zjawił się Jacek. Mój ulubiony poznański biker zawitał już do nas w czwartkowy wieczór. To świetnie, bo my lubimy spędzać wieczory przy piwku gaworząc na różne tematy. ;) W piątek, wczesnym rankiem, Jacek razem ze mną pojechał do pracy. Obaj zastanawialiśmy się co będziemy robić po powrocie z tak pięknym, szarym i deszczowym dniem. Oczywiście wpadliśmy na genialny pomysł.... Idziemy na rower! :D No to poszliśmy.
Było zimno. Było mokro. Było wietrznie. Ale jakże przyjemnie. :) Za cel obraliśmy sobie tereny dawnej fabryki amunicji w Brożku kolo Zasiek. Żeby nie było zbyt łatwo postanowiliśmy dojechać tam terenem zahaczając po drodze o jezioro Żurawno. Pierwsze kilometry minęły całkiem lekko. Był podjazd do Dłużka, potem kilka leśnych ścieżek i chwila oddechu nad Żurawnem. A ten oddech to się przydał, bo Jacek, jak to Jacek, trochę mnie przetyrał. :D Myślałem, że jak będzie po kontuzji, ze zrastającym się obojczykiem, to może dotrzymam mu kroku (korby?). No i niby dotrzymywałem ale lekko nie było, bo Jacek radzi sobie w terenie dziesięć razy lepiej ode mnie nawet mając do dyspozycji tylko jedną sprawną rękę. :D No cóż, w końcu to pogromca gór – stary lis, maratonowy wyjadacz, itd. :)
Gdy opuściliśmy piękne Żurawno czekał nas odcinek specjalny do Nowej Roli. Już po kilkudziesięciu metrach było niemal pewne, że zawrócimy, ponieważ naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Otóż zbliżając się do miejsca, w którym płynie sobie strumyczek o nazwie Tymnica okazało się, że okoliczne polany znajdują się pod wodą. Pod wodą był także mostek i droga, którą mieliśmy jechać. A wody było duuuużo...
Chwila zawahania i Jacek się pyta: Ściągamy buty? No nie wiem... Hmm... - zastanawiam się. Chyba damy radę?! Chyba nie jest głęboko... - ciągnie dalej. No właśnie ciężko powiedzieć... Wiesz Jacku, tam jest jeszcze drewniany mostek przez, który trzeba przejść a pod nim płynie rzeczka... - odpowiadam. Będziemy szli powoli. - nie odpuszcza. :D OK! - zgadzam się. :)
No i poszliśmy. Było to jakieś 300 metrów. Rowery na plecach. Woda do połowy ud. Adrenalina, zwłaszcza na mostku, skoczyła. Ale udało się. Wrażenia bezcenne. Mogliśmy jechać dalej.
Później nie było już tak ekstremalnie, jednak drogi którymi jechaliśmy często przypominały potoki, bo woda występująca z brzegów Tymnicy musiała znaleźć sobie nowy szlak dla swojego nurtu. Było nieźle. Po krótkim czasie staliśmy się ekspertami w dziedzinie pokonywania potoków wzdłuż i wszerz. Nie mieliśmy już na sobie jednej suchej nitki, tak więc padający deszcz nie robił już na nas większego wrażenia.
Minęliśmy Nową Rolę i na chwilę wpadliśmy na asfalt prowadzący do Gręzawy. Potem znów teren i tysiące kałuż, głębszych i tych mniej ekstremalnych. Każdorazowo wjeżdżając w nowe kałuże pojawiała się myśl i niepewność, czy aby na pewno nie będzie gleby – bo przecież nie wiadomo co znajduje się na dnie takiej kałuży, czy może głaz, czy jakaś kłoda? Tego dnia udało nam się przeżyć bez gleby. ;)
Po kilkunastu kilometrach wreszcie wylądowaliśmy na obrzeżach dawnej fabryki amunicji. Uwielbiam te tereny. Jacka zabrałem tam po raz pierwszy. Zwiedzanie sobie odpuściliśmy, bo robiło się coraz zimniej, a na poprawę pogody szanse były mniejsze niż trafienie szóstki w Totka. ;) W związku z tym skierowaliśmy się najkrótszą drogą do Brożka, następnie po płytach i bruku do Zasiek i została nam ostatnia, dwudziestokilometrowa, asfaltowa prosta do Lubska prowadząca przez Brody. Tutaj już nie było żadnej większej filozofii, jazda na zmiany ze średnią nie schodzącą poniżej 30 km/h. Przyjemnie było aczkolwiek pod koniec opadałem z sił – brak treningu robi swoje. :)
No i cóż tu dodać? Było arcyprzyjemnie. Po tym piwo smakowało pięć razy lepiej niż zazwyczaj. ;)
Późnym wieczorem wpadła do nas jeszcze śląsko-zagłębiowska ekipa w składzie: Kosmacz, Dariusz, Wiktoriusz i Igoriusz. Niestety zabrakło Anetki, która po raz kolejny udowodniła, że ma szlachetne serce. Piękne jest to, gdy człowiek potrafi poświęcać się dla innych i pomagać tym, którzy pomocy potrzebują najbardziej – i taka właśnie jest Żona Darka. :)
Dziś odwiedziliśmy z Aniołkiem moją Mamę, która w niedzielne popołudnie i wieczorek spełniała swą życiową misję dyżurując, by pomagać ludziom... :D
Było miło. Do Mamy przyjechała też Pajla (najukochańsza Siostrzyczka :D ) z Baficzkiem (piesek nad pieskami) więc śmiechu nie brakowało. Trochę pojedliśmy, popiliśmy kwasu chlebowego i czas bardzo szybko nam wszystkim zleciał.
Przed powrotem do domku kupiliśmy sobie jeszcze kebab u Alexa i świeżo pieczone bułeczki w żabce.
Pogoda jest rześka i daje wytchnienie po upalnym dniu. Niebo zachwyca swym urokiem. Zapowiada się burzowa noc - fajnie, bo nie muszę podlewać ogródka. :D
Swoją drogą, to kilometrów dziś miałem w planach o wiele więcej. No cóż, może innym razem. Dziś byłem w słabej kondycji. Tak to czasem bywa. ;)
Dzisiaj razem z Asieńką po pracy zjedliśmy szybki obiadek (jakże pyszny) i pognaliśmy do Żar, by spotkać się z Matyskiem. Odwiedziny były oczywiście bardzo udane. Fajnie było też zobaczyć się "po latach" z Karoliną i poznać wreszcie jej dwóch małych urwisków: Mikołaja i Julka - super chłopaki! :) Oczywiście było dużo śmiechu i rozmów o "Graży" oraz takich tam innych rozważań w stylu "gdzie Pani Halinka chowa pomidory?". :D Mieliśmy też okazję podzielić się wrażeniami z naszego urlopu (dlaczego tak szybko minął?!), który spędziliśmy z Asią na Gotlandii (opis pojawi się na BS – obiecuję). :)
Wieczorem, gdy szykowaliśmy się z moją Żonką do powrotu, na niebie zagościła cudna tęcza! Nic tylko garnek podstawiać. ;)
Dzisiejsza jazda była bardzo przyjemna (byłaby jeszcze bardziej, gdyby niektórzy kierowcy przy wyprzedzaniu nas zachowywali odstęp większy niż 10 cm...). Na powrocie udało nam się wykręcić średnią bliską 29 km/h - bardzo fajnie. :) Muszę też przyznać, że pomimo przejechania 50 kilometrów, dalej nie mogę się przyzwyczaić, że przy rowerze nie mam już sakw i przyczepki. To sprawia że... rzuca mną dość mocno na boki w czasie pedałowanie. :)
Wydarzyła się dziś też rzecz tragiczna... ;) Otóż moja tylna lampka nadaje się do kasacji... Po tym jak na przejeździe kolejowym w Budziechowie postanowiła wzbić się w przestworza, by następnie wylądować pod kołami pędzącego Flecika Asieńki straciła cztery diody (z pięciu) i jest dość mocno poturbowana. Szkoda Smarcika, bo służył mi dzielnie. Nic to, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - teraz mogę tylko czekać na prezent od Żonki. ;P
Gdy już byliśmy w domku też było miło, nawet bardzo. Pyszna kolacyjka, orzeźwiająca zimna meliska, rubinowe wino, płonące świece, gwiazdy na niebie, szumiące na wietrze topole i zapach maciejki na balkonie... Trzeba łapać piękne chwile. Ile się da. Bo są bezcenne.
Weekendowy wyjazd do Wrocławia na uczelnię, piękna pogoda, rower na pace... Nie mogło być inaczej. :)
Razem z Krzychem do Siechnic na Piasta! Jak za dawnych lat. :) Było bardzo przyjemnie przemierzyć jedną z moich ulubionych tras i wypić piwko nad Odrą w towarzystwie Krzycha. Oczywiście Piast tradycyjnie zakupiony w Siechnicach. Odwiedzona została też śluza. Po prostu pięknie. Ten scenariusz można by powtarzać bez końca. I nigdy się nie znudzi... :)
TRASA: Wro/Niskie Łąki - Opatowice -> Trestno -> Blizanowice -> Siechnice i powrót
To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu! Moją kochaną Żoną została Asiczka!!! Marzenia się spełniają! Jestem bardzo szczęśliwy.
Nasza wspólna podróż do ołtarza zaczęła się 26. lipca 2008 roku podczas pamiętnego wypadu do Ustrzyk Dolnych. Później była pierwsza randka. Później kilkanaście gorzkich tygodni i wreszcie... Piękny dzień 20. listopada 2008 - zostaliśmy parą. Jeszcze piękniejszy 20. listopada 2009 - Asia przyjęła moje oświadczyny. Aż w końcu, 3. lipca 2010 roku zostaliśmy Mężem i Żoną.
Po drodze przejechaliśmy wspólnie na rowerach tysiące kilometrów, objechaliśmy Polskę dookoła, przeżyliśmy wiele cudownych chwil. W naszej podróży, od samego początku towarzyszą nam i nie opuszczają nas: Anetka, Monika, Darek, Wiktorek i Igorek. Nie zabrakło ich również w dniu naszego Ślubu. W tym pięknym dniu zechcieli z nami także być Józek, Michał i Focus - wspaniale mieć tak dobrych rowerowych Przyjaciół. To właśnie Wy, razem z resztą naszych Przyjaciół i Rodziną, sprawiliście że w tym niesamowitym dniu mogliśmy czuć się najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi! Obecność Was wszystkich sprawiła, że towarzyszące nam emocje zostały spotęgowane! Dziękujemy Wam za to!
Jestem szczęśliwym człowiekiem.
I jeszcze coś dla mojej Asi...
Kocham Cię Aniołku!!!
Zawsze i na zawsze tylko Twój... Wszystko co robię, robię dla Ciebie... Gdzie jesteś Ty, tam jest dom mój... Już nigdy, nigdy nie obejrzę się za siebie...
Ty jesteś moim szczęściem, radością moją... Wszystko co mam najlepsze to Ty właśnie... Twoje dłonie, ten dotyk, me serce goją... Przy Tobie ta miłość nigdy nie zgaśnie...
Jesteś moim skarbem najwspanialszym... To dla Ciebie wstałem, gdy już upadałem... Jesteś Aniołkiem najcudowniejszym... Wszystko co mam, Tobie oddałem...
My też życzymy Wam samych cudownych chwil i wielu niezapomnianych momentów. Bądźcie szczęśliwi! Życzymy wszystkim, by po każdym dniu mogli powiedzieć, że... było pięknie!
A już w najbliższą sobotę... moją Żonką zostanie mój kochany Aniołek! Po prostu wszystko pięknie się układa. Ale to tak jest w życiu. Zawsze mówię, że po burzy, nawet najgorszej, prędzej czy później, na niebie pojawia się tęcza i wszystko jest pięknie! :) Bo musi być!
Nie choruję na tzw. "cyklozę".
Pokonywanie dystansu i własnych słabości, poznawanie nowych miejsc i ludzi (w niektórych można nawet się zakochać :D ), zdrowe i przyjemne spędzanie wolnego czasu - o to w tym wszystkim chodzi!
I tak właśnie wygląda ta moja zabawa z rowerem. :)
Uwielbiam jeździć długie dystanse i pokonywać podjazdy.
Kocham lasy, kocham góry, kocham jeździć. :)
Czasem bawię się w rowerowe rajdy na orientację ale najwięcej radości sprawia mi podróżowanie z sakwami. W wakacje 2009 roku wraz z moją kochaną Asią i przyjacielem Mateuszem pokonałem trasę Dookoła Polski. Łącznie przejechaliśmy niemal 4000 kilometrów w ciągu 30 dni. Na trasie towarzyszyli nam nasi Przyjaciele. Poza tym mam na swoim koncie wypady do Pragi, Wilna oraz na Bornholm. W głowie są kolejne plany. :)
Na blogu BIKEstats.pl dodaję regularnie i nieregularnie wpisy od czerwca 2006 roku. Można tam znaleźć tysiące zdjęć, oraz setki opisanych tras i relacji z wycieczek mniejszych i większych. :)
Trochę statystyki:
PRZEBIEG: 52'788 km (30.04.10)
MAX DYSTANS: 323,40 km (24.07.08)
MAX PRĘDKOŚĆ: 72,00 km/h (Puchaczówka, 20.09.09)
POWYŻEJ 300 km: 2 razy (stan na 19.03.12)
POWYŻEJ 200 km: 16 razy (stan na 19.03.12)
POWYŻEJ 100 km: 170 razy (stan na 19.03.12)