Okolice Jasienia

Środa, 26 maja 2010 · Komentarze(8)
Korzystając z tego, że byłem kilka dni w Jasieniu, a także z dobrej pogody, wybrałem się na krótką przejażdżkę z Adrianem. Fajnie było znów razem przejechać chociaż te kilkanaście kilometrów. Równie fajnie było odwiedzić kilka okolicznych wioseczek i znów pojeździć po drogach, które tak bardzo lubię. :)

W ogóle cały wyjazd do domu był bardzo pożyteczny. :)

TRASA:
Jasień -> Świbna -> Drożków -> Lipsk Żarski -> Jaryszów -> Golin -> Jabłoniec -> Jasień

Jabłoniec - kościół filialny św. Anny © Mlynarz


Przykościelna kapliczka © Mlynarz

Powodziowa setka

Sobota, 22 maja 2010 · Komentarze(10)
Dzisiejszą setkę udało się przejechać dzięki Michałowi (WrocNam) oraz Piotrkowi (zyla82), z którymi miałem przyjemność kręcić tu i tam, a konkretnie po Wrocławiu i Wzgórzach Trzebnickich. ;)

Wystartowaliśmy po dziesiątej z Rynku. Udaliśmy się na północ Wrocławia.
Zaraz po wyjeździe z miasta, gdy tylko dojechaliśmy do Krzyżanowic, mogliśmy zobaczyć jak wygląda sytuacja na Widawie. Okazało się, że Widawa faktycznie mocno przybrała, co spowodowało że mieszkańcy Krzyżanowic musieli umacniać pobliskie wały, by zabezpieczyć się przed zalaniem wioski.
Cała nieszczęsna sytuacja powodziowa sprawiła również, że został odwołany Piknik Militarny w Rakowie, na który chcieliśmy wstąpić. Tak naprawdę to spodziewaliśmy się tego, więc gdy tylko na miejscu potwierdziły się nasze przypuszczenia zabraliśmy się do wymyślania alternatywnego planu. Szybko wykreśliliśmy na mapie sympatyczną trasę po Wzgórzach Trzebnickich. :)

To był strzał w dziesiątkę.
Jechało się bardzo przyjemnie. Żyła był w tych rejonach po raz pierwszy i bardzo mu się tam spodobało. Jazda mijała szybko, uprzyjemnialiśmy sobie ją pogawędkami o rzeczach ważnych i mniej ważnych. :)
Wśród wszystkich tematów przeważały jednak te powodziowe. Akurat w tym dniu dotarła do Wrocławia fala kulminacyjna na Odrze i byliśmy pełni obaw o ulice i osiedla pięknego Wrocławia oraz wszystkich sympatycznych miejscowości w okolicy.

Jak tylko wróciliśmy do Wrocławia po naszych krótkich wojażach na wzgórzach, odwiedziliśmy siedzibę Krajowego Rejestru Długów, przy którym zadomowił się nowy wrocławski krasnal. :)
Następnie udaliśmy się na Wyspę Słodową, a po drodze obserwowaliśmy co dzieje się na Odrze i w jej sąsiedztwie – na szczęście wszystko wyglądało dobrze i wszędzie sytuacja była stabilna. Jedynie na Psim Polu trochę problemów sprawiała Widawa, która rozlała się na okoliczne pola. Zadowoleni dobrnęliśmy do centrum i zatrzymaliśmy się na wspomnianej Wyspie Słodowej, na której spotkaliśmy przedstawicieli wrocławskich kurierów rowerowych. Zorganizowali oni akcję wchodzącą w cykl Dokumenta-Ciclista. Przyłączyliśmy się do tej fajnej inicjatywy. Cyknięto nam po zdjęciu, a dodatkowo otrzymaliśmy świetne mapki z przewodnikami rowerowymi – dzięki!

Kolejny punkt dnia to wizyta w Parku Skowronim, w którym odpoczywaliśmy na jednej z ławeczek popijając zimnego Piaścika. :)
Po tej relaksującej wizycie w parku pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy do domów.

To jednak nie był koniec atrakcji.
We Wrocławiu było dziś gorąco, i dosłownie, i w przenośni.
To sprawiło, że jeszcze tego samego dnia dwukrotnie zrobiłem kursy na Kozanów.
Kozanów, tak jak obawiałem się poprzedniego dnia, niestety został dotknięty powodzią. Woda wdarła się tam na część osiedla przez przerwany wał. Kilkanaście budynków zostało podtopionych. Na szczęście nikomu nie zalało mieszkania, a woda była jedynie na ulicach, skwerach i piwnicach. Bardzo ucieszył mnie fakt, że woda nie dostała się na blokowisko, na którym mieszkają Rodzice mojej Asi.

Moje dwa kursy na Kozanów:
Pierwszy to wizyta w domku rodzinnym Asi i pyszny obiadek, po którym razem z Michałem poszedłem pomagać wojsku i mieszkańcom w obronie Kozanowa. Spędziliśmy trochę czasu przy transportowaniu worków z piaskiem. Dobrze było pomóc. :)
Praca z Michałem układała się wzorowo. :D
Przy okazji wizytę na ulicy Ignuta (gdzie pomagaliśmy) złożył Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, który dobił do brzegu amfibią. :D
Ostatnim miłym akcentem pierwszego kursu na Kozanów było spotkanie z Agą i Filipem. :)
Po tym, gdy zrobiło się grubo po godzinie dwudziestej, pognałem na Krzyki do domku, by obejrzeć finał Ligi Mistrzów.
Zaraz po finale (wygranym przez Inter) pocisnąłem jeszcze raz na kozanowskie osiedle, bo musiałem odwiedzić mojego Aniołka w pracy. :)
Przy okazji zobaczyłem jak ciężko przy ratowaniu osiedla pracowały setki ludzi. Co chwilę gdzieś pędziły auta na sygnałach lub wywrotki z piaskiem. Wszędzie było ciemno, bo uliczne latarnie zostały pozbawione zasilania prądem. To wszystko wyglądało niesamowicie.
Zanim wróciłem do domku odwiedziłem jeszcze Rodziców Aniołka, by zbadać jak wygląda u nich sytuacja – na szczęście wszystko było w porządku.

Grubo po północy dotarłem z powrotem na Krzyki.
Zadowolony i zmęczony.
Z kolejną setką na koncie.
Po niezwykle udanym, dobrze i pożytecznie spędzonym dniu... ległem spać. :D

TRASA (przed południem):
Wrocław – Krzyki – Rynek – Różanka – Polanowice...
...Krzyżanowice -> Raków -> Pasikurowice -> Siedlec -> Godzieszowa -> Skarszyn -> Boleścin -> Krakowiany -> Węgrów -> Bierzyce -> Łozina -> Budziwojowice -> Łosice -> Szczodre -> Domaszczyn...
Wrocław – Zakrzów – Psie Pole – Kowale – Plac Grunwaldzki – Wyspa Słodowa – Krzyki

Dużo wody na Odrze, szybki nurt © Mlynarz


Odra z widokiem na Mosty Trzebnickie © Mlynarz


Widawa w Krzyżanowicach © Mlynarz


Pełna mobilizacja w Krzyżanowicach © Mlynarz


Szczodre - pałac © Mlynarz


Michał i Żyła focą © Mlynarz


Zaparkowany Trek ;) © Mlynarz


Nowy krasnal przy siedzibie Krajowego Rejestru Długów © Mlynarz


Psie Pole - ratowanie wału na Widawie © Mlynarz


Podawanie worków z piaskiem © Mlynarz


Policja też jest na wałach © Mlynarz


Dziki parking, który utworzył się na Mostach Jagiellońskich © Mlynarz


Most Jagielloński i Odra © Mlynarz


Zabezpieczony workami wał przeciwpowodziowy © Mlynarz


Przy Moście Grunwaldzkim © Mlynarz


WrocNam i most grunwaldzki © zyla82


Ostrów Tumski © Mlynarz


Młyn Maria © Mlynarz


Dokumenta Ciclista :) © Mlynarz


Żyła pozuje ;) © Mlynarz


I wszystko jasne ;) © Mlynarz


Widok na Uniwersytet Wrocławski © Mlynarz


We Wrocławiu mieliśmy kolejny słonczny dzień © Mlynarz


Sucha część Kozanowa © Mlynarz


Praca przy workach I © WrocNam


Na pierwszej linii © WrocNam


Praca przy workach II © WrocNam


Słońce zachodzi... © Mlynarz


...a na Kozanowie przez całą noc trwają prace © Mlynarz

Powódź we Wrocławiu - przygotowania na Kozanowie

Piątek, 21 maja 2010 · Komentarze(14)
Dziś wieczorem wybrałem się na Kozanów, by zobaczyć jak wygląda sytuacja powodziowa we Wrocławiu.
Kozanów jest osiedlem, które najbardziej ucierpiało podczas powodzi w 1997 roku.
Przykre jest to, że trzynaście lat po tamtych dramatycznych wydarzeniach... Kozanów nie doczekał się nowych wałów przeciwpowodziowych. Są tam nawet miejsca, gdzie wałów praktycznie nie ma.
Po tym co dziś zaobserwowałem mam poważne obawy o to, czy Wrocław faktycznie oprze się fali powodziowej, która ma tu dotrzeć już w sobotę wczesnym rankiem. :/

Najpierw rzuciłem okiem na Odrę z Mostu Milenijnego, na którym ciężko było się poruszać rowerem przez tłumy gapiów. Odra rozlała się niesamowicie, jeszcze tak szerokiej Odry we Wrocławiu nie widziałem (mieszkam tu od siedmiu lat).
Następnie udałem się na Kozanów. Chciałem podjechać do miejsca nad Odrą, gdzie z Asią wybierałem się na pierwsze randki. :)
Niestety... nie udało mi się. Odra zalała pobliskie działki i kwestią kilku godzin jest to, kiedy podjedzie pod wały przeciwpowodziowe, które oddalone są od bloków o jakieś... 10 metrów. Nie wygląda to za ciekawie.
Najgorzej sytuacja wygląda jednak przy ulicy Ignuta oraz na jej sąsiednich uliczkach. W jej sąsiedztwie znajdują się najniżej położone tereny Kozanowa i... brak jest tam wystarczających wałów. Działa tam wojsko i straż pożarna oraz mieszkańcy pobliskich zabudowań. Została ustawiona tam prowizoryczna zapora wodna – ciekawe czy wytrzyma?! Co ciekawe, między zaporą a Odrą są nowo wybudowane domy (zostały chyba spisane na straty) – wygląda na to, że ludzie po 1997 roku niewiele się nauczyli, szkoda że wciąż wydaje się pozwolenia na budowanie mieszkań na terenach tak bardzo zagrożonych zalaniem. :/

Na Kozanowie trwa umacnianie wałów. Żołnierze, strażacy, miejscowa ludność – wszyscy napełniają worki piaskiem i zabezpieczają co się da. Ludzie nie wierzą zapewnieniom włodarzy, którzy twierdzą że wszystko jest pod kontrolą. I chyba mają rację, bo... na Kozanowie dziś już powoli wylewała się woda z rzeki Ślęza. :(
Smutne jest też to, że by ratować Kozanów, Osobowice i Rędzin, trzeba było poświęcić okoliczne wioski, które ucierpiały przez zrzut wody do Widawy. :/

W chwili, gdy to piszę w telewizji podają informację, że puściły wały w pobliskim Jelczu-Laskowicach, są tam ewakuowani ludzie. Wygląda to nieciekawie. We Wrocławiu jako pierwsi falę przyjmą mieszkańcy Wojnowa i Strachocina. Rano dużo się wyjaśni, a potem przyjdzie czekać 2-3 doby aż woda opadnie. To będzie czas próby. Wszyscy są pełni obaw czy wały wytrzymają taki duży i tak długi napór fali powodziowej. Nurt Odry jest niestety bardzo silny. Pozytywne jest jednak to, że dziś znów nie padał deszcz, a na niebie świeciło słońce.

Mam nadzieję, że Wrocław poradzi sobie z niebezpieczną Odrą.
Jeśli będzie trzeba to sam pójdę pomagać przy umacnianiu wałów.
Ale liczę na to, że moja pomoc nie będzie jednak zbędna.

To nie będzie spokojna noc dla wrocławian.

Wielka woda na Odrze © Mlynarz


Zabezpieczone folią wały © Mlynarz


Barka i łodzie przy Moście Milenijnym © Mlynarz


Zatopione działki na Kozanowie © Mlynarz


Altanka pod wodą © Mlynarz


Woda na działkach © Mlynarz


Woda zaczyna podchodzić pod wały © Mlynarz


Straż i wojsko ustawiły na Kozanowie prowizoryczną zaporę przeciwpowodziową © Mlynarz


Zapora, a za zaporą... domy © Mlynarz


Ludzie ratują się układając worki z piaskiem © Mlynarz


Ulica obłożona workami z piaskiem © Mlynarz


Straż, wojsko, zapora, worki z piaskiem... © Mlynarz


Wojsko na osiedlu © Mlynarz


Załadunek transportu worków z piaskiem © Mlynarz


Jadą worki z piaskiem © Mlynarz


Napełnianie worków z piaskiem © Mlynarz


Samochody wojskowe na ulicy Ignuta © Mlynarz


Ludzie parkują auta gdzie się da, byle wyżej... © Mlynarz

Alarm przeciwpowodziowy we Wrocławiu

Czwartek, 20 maja 2010 · Komentarze(8)
Powódź, która spustoszyła południe naszego kraju wciąż obejmuje swoim destrukcyjnym działaniem kolejne obszary Polski. Niestety, duża woda w szybkim tempie zbliża się do Wrocławia, w którym ogłoszono alarm przeciwpowodziowy.
Już dziś (piątek 21. maja) poziom wody na Odrze przekracza o blisko metr stan alarmowy. Fala kulminacyjna ma przejść przez Wrocław w sobotę rano. Prognozy mówią, że czoło fali będzie przekraczać stan alarmowy o 2,4 metra... Ludzie we Wrocławiu jednak są spokojni. Władze utrzymują, że Wrocław obroni się przed wielką wodą. W tej chwili w całym Wrocławiu prowadzone są działania prewencyjne. Strażacy umacniają wały, dwa szpitale przygotowane są do ewakuacji, służby mundurowe są na posterunku. Podmiejskie poldery od czwartku są wypełniane wodą, dzięki temu fala ma być spłaszczona, ma to też spowolnić przepływ wody. MPWiK zapewnia, że we Wrocławiu nie będzie przerw w dostawie wody... Mimo wszystko miałem dziś spory problem z zakupem kilku butelek wody mineralnej, półki w marketach są puste.

Wierzę, że Wrocław oprze się fali powodziowej. Po tym jak został dramatycznie doświadczony w 1997 roku, powinien sobie poradzić. Jestem jednak świadom tego, że woda to niesamowity żywioł i wszystko może się wydarzyć. Oby prognozy się sprawdziły, oby wrocławianie mogli przejść przez to wszystko suchą nogą, bo patrząc się na relacje w telewizji i tragedię ludzi w województwach podkarpackim, małopolskim, świętokrzyskim oraz śląskim jestem pełen obaw.

Dziś zrobiłem sobie mały rekonesans.
Przejechałem niemal cały miejski odcinek wałów wzdłuż Odry. Miłym akcentem tej przejażdżki było to, że udało mi się poznać jednego z wrocławskich przedstawicieli BIKEstats. W okolicy Trestna poznałem się z Toompem – bardzo sympatyczne spotkanie. :)

Tłumy nad rzeką były dziś niesamowite. Ludzie całymi rodzinami oblegają nadodrzańskie okolice i z niepokojem spoglądają na wodę. Póki co wszystko jeszcze wygląda względnie bezpiecznie ale w sobotę poziom wody podniesie się o kolejne 150 centymetrów. W tej chwili odcięte od świata jest już Trestno i Blizanowice, Odra zalewa tamtejsze poldery. Wkrótce nie będzie dojazdu także na same Opatowice i Mokry Dwór. Jeszcze dalej od Wrocławia problem jest też w Kotowicach, gdzie woda już wylała z Odry i podeszła pod same wały blisko domów. Nieciekawie sytuacja wygląda też w Oławie, w której zamknięto most na Odrze. Zalany jest już Brzeg Opolski.
Żywioł nie zna litości.

Na wałach wśród gapiów było dziś dużo bawiących się dzieci i ludzi spacerujących z psami. Wiele osób robiło sobie „powodziowe fotki na N-K” na tle wychodzącej z koryta Odry. Oby w weekend, ta Odra, nie opuściła wałów, oby te wały wytrzymały, oby nie przesiąkały.
Z żywiołem nie ma żartów.
To potęga.

Wielka woda na Odrze we Wrocławiu © Mlynarz


Tłumy idące sprawdzić poziom wody na Odrze - Kozanów © Mlynarz


Krzyż nad Odrą, okolica Mostów Trzebnickich © Mlynarz


Most Trzebnicki © Mlynarz


Otwarta śluza przy Moście Osobowickim © Mlynarz


Przy Moście Osobowickim © Mlynarz


Widok na Mosty Trzebnickie © Mlynarz


Różanka © Mlynarz


Most kolejowy nad Odrą © Mlynarz


Mosty Warszawskie © Mlynarz


Ekipa sprawdzająca poziom Odry przy wałach... © Mlynarz


Robi się głęboko © Mlynarz


Most Bartoszowicki © Mlynarz


Spiętrzona woda na Odrze © Mlynarz


Tłumy przy Moście Bartoszowickim © Mlynarz


Tłumy na wałach © Mlynarz


Jaz Opatowicki © Mlynarz


Wzburzona Odra © Mlynarz


Widok z Kładki Zwierzynieckiej - słońce świeci nad Wrocławiem © Mlynarz


Na Opatowice coraz ciężej się dostać... © Mlynarz


Śluza Opatowice © Mlynarz


Zalane pole rzepaku w okolicach Trestna © Mlynarz


Zatopiona droga do Trestna © Mlynarz


Zaniepokojeni mieszkańcy © Mlynarz


Wypełniający się wodą polder Trestno-Blizanowice © Mlynarz


Wszędzie woda... © Mlynarz


Polder Trestno-Blizanowice © Mlynarz


Słońce zachodzi... © Mlynarz


Niech wzejdzie jutro. © Mlynarz

Cel: Ślęża!

Niedziela, 16 maja 2010 · Komentarze(14)
To był wypad!

Na grupowy atak szczytu Ślęży szykowaliśmy już się od kilkunastu dni.
Choć pogoda w ostatnich dniach skutecznie zniechęca do jazdy na rowerze, to dziś motywacja była na tyle silna, że nikt z nas nie wystraszył się silnego wiatru wiejącego z północy z prędkością dochodzącą do 40 km/h... Nie wystraszyła też nikogo niska temperatura oraz groźba wystąpienia opadów deszczu...

O godzinie 10:00, pod Wieżą Ciśnień na Wiśniowej nastąpiło spotkanie ekipy.
Na starcie stawiły się same znakomitości. ;P
Kasia – druga połówka Błażeja...
Boski Blase – czyli druga połówka Kasi... (znany jako Szef Wszystkich Szefów)
Michał – najlepszy wrocławski Maratończyk...
Filip – najlepszy wrocławski Geolog...
Jacek – najlepszy poznański Biker...
I oczywiście mój najlepszy, najukochańszy Aniołeczek. :)
Tej cudownej szóstce towarzyszyłem i ja. :)

Mimo parszywej pogody wszyscy byli weseli i zdeterminowani, by wjechać rowerami na Ślężę.
Ucieszony był zwłaszcza Jacek, który o zdobyciu Ślęży rowerem marzył już od dawna. Również Kasia miała dzisiejszego dnia swój ambitny cel, którym było pokonanie ponad 100 km i udowodnienie sobie, że ma siły na pokonanie trasy planowanej wyprawy nad Balaton. Reszta chciała po prostu popedałować, poplotkować, najeść się pączków i wrócić do domu bez sił. :D

Z Wrocławia ruszyliśmy w stronę Żórawiny, następnie kierowaliśmy się na Kobierzyce i przez Pustków Żórawski dojechaliśmy do Rogowa Sobóckiego, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w tamtejszej piekarni. Sobócka piekarnia słynie z przepysznych wyrobów i cieszy się sporą renomą. My zamówiliśmy sobie tam po pysznej (i drogiej!) kawce. Każdy też spróbował sobie jakichś pyszności, Błażej na przykład pałaszował pączki bez marmolady. :D
Trzeba przyznać, że dojazd do Rogowa Sobóckiego był dość łatwy i nie kosztował sporo sił, bo na wielu odcinkach pomagał nam w jeździe wiatr.
Najlepsze miało się zacząć.

Przejazd przez Sobótkę to pierwszy podjazd i sygnał, że zbliżamy się do górzystych terenów. Mijamy kolejne wioski i rozpoczynamy podjazd na Przełęcz Tąpadła. W międzyczasie odbijamy jeszcze na Źródło Życia, by napełnić bidony wodą. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na przełęczy. Naszym oczom ukazał się kamienisty podjazd na Ślężę. Chwilę odpoczywamy. Żartujemy sobie, że może poczekamy na przełęczy, a szczyt zdobędzie sobie Jacek, bo najbardziej mu na tym zależało. :D
Ostatecznie... nie ma litości. :)
Wszyscy przepuszczają atak na szczyt. Każdy robi to na swój sposób. ;)
Trzeba przyznać, że wjazd na Ślężę nie jest łatwy. Wariant, którym wjeżdża się żółtym szlakiem z Przełęczy Tąpadła, to trochę ponad 3 km stromego podjazdu, na którym leżą luźne kamienie. Pokonywałem go dziś po raz czwarty i znów udało mi się wjechać bez wprowadzania. (yupiiiiiii! :D )

Na samym szczycie srogo wiało, widoki były dość mocno ograniczone przez chmury, wszystkim doskwierało przenikliwe zimno. Pozwoliliśmy sobie na spędzenie dłuższej chwili w Schronisku na Ślęży. Każdy się ogrzał, odpoczął oraz posilił się czym tylko chciał. ;)
Wszystko co piękne... kiedyś się kończy. Po zjeździe ze Ślęży i Przełęczy Tąpadła czekała nas ciężka droga powrotna do Wrocławia. Ostatnie trzydzieści kilometrów trasy to była jazda w ciągle padającym deszczu. To była jazda pod wiatr, pod piekielne silny wiatr, który nie dość, że wymagał od nas sporego wysiłku, to potęgował dodatkowo uczucie zimna. Nie było to przyjemne. Mimo wszystko... jakoś humory nie chciały nas opuścić. :)
Wesoło było nawet gdy mój dzielny Aniołek złapał kapcioszka. Zachowaliśmy zimną krew także wtedy, gdy... podczas wymiany dętki zgubiła się w trawie nakrętka od zacisku koła (brawa dla Filipa, który ją wypatrzył).

To nic, że droga do domu wydawała się nie mieć końca, i że pogoda nas nie oszczędziła. Ostatecznie wszyscy dotarliśmy na wrocławski Gaj i w dobrych nastrojach rozjechaliśmy się do domów. Każdy zadowolony, bo Ślęża została zdobyta, bo setka w miłym gronie została pokonana, bo miło minęła niedziela, bo... po prostu było fajnie. :)

Przyznam się, że do domku wróciłem dość mocno styrany. A głodny byłem jak wilk. Razem z Asią i Jackiem wcinaliśmy kolację tak szybko, że aż się uszy nam trzęsły. :D
Po godzinie dziewiątej pożegnaliśmy Jacka, którego czekała jeszcze trzygodzinna podróż samochodem do Poznania (skąd on ma tyle siły?! ;) ).
Szkoda, że weekend skończył się tak szybko.
Na szczęście... za tydzień będzie następny. :D

Dzięki Wam wszystkim za super dzionek!
Byliście dzielni. :D
Ale najdzielniejsza była Kasia, która dzisiaj pokonała samą siebie. Przejechała 115 kilometrów i zdobyła Ślężę. Biorąc pod uwagę to, że zrobiła to w tak niesprzyjających warunkach atmosferycznych, to można śmiało stwierdzić, że drzemią w niej niesamowite możliwości. Także strzeżcie się węgierscy kierowcy! :D

Do następnego!

TRASA:
Wrocław: Krzyki – Gaj – Wojszyce – Ołtaszyn...
Wysoka -> Karwiany -> Komorowice -> Szukalice -> Żórawina-osiedle -> Galowice -> Wilczków -> Pełczyce -> Kobierzyce -> Królikowice -> Bąki -> Owsianka -> Pusków Żórawski -> Solna -> Ręków -> Stary Zamek -> Kwieciszów -> Michałowice -> Rogów Sobócki -> Sobótka -> Strzegomiany -> Będkowice -> Sulistrowiczki -> Przełęcz Tąpadła -> Ślęża (718 m n.p.m.) -> Przełęcz Tąpadła -> Sulistrowiczki -> Będkowice -> Księginice Małe -> Świątniki -> Nasławice -> Ręków -> Damianowice -> Dobkowice -> Rolantowice -> Szczepankowice -> Kuklice -> Pełczyce -> Wilczków -> Galowice -> Żórawina-osiedle -> Szukalice -> Komorowice -> Karwiany -> Wysoka...
Wrocław: Ołtaszyn – Wojszyce – Gaj – Krzyki



ZDJĘCIA:
(Część zdjęć została zapożyczona od Kasi, Błażeja, Jacka, Michała i Filipa)
Ślęża - nasz dzisiejszy cel © Mlynarz


Zbiórka ;)


Ekipa chwilę po starcie © Mlynarz


Postój na trasie - Wilczków © WrocNam


Aniołek


Mijając kolejną wioskę


Błażej i Kasia


Filip i Asia


Kościół w Starym Zamku © Mlynarz


Panoramka © Gal


Kościelne drzwi © Mlynarz




Przy stole w Rogowie Sobóckim © WrocNam


Aniołek na huśtawce w Rogowie Sobóckim © Mlynarz


Przy Źródle Życia © WrocNam


Jedziemy na Tąpadła!


Michał i Jacek przygotowują się do ataku na Przełęcz Tąpadła © Mlynarz


Wokół Masywu Ślęży


Podjazd na Ślężę © Mlynarz


Podjeżdżający Jacek © Mlynarz


Up! Up! Up! :)


Momentami było ciężko




Aniołek zdobywa Ślężę © Mlynarz


Kościół na Ślęży © Mlynarz


Jacek i Filip odpoczywają po zdobyciu Ślęży © Mlynarz


Niektórzy padali ze zmęczenia ;) © Mlynarz


Filip Bogu dziękuje, że to już koniec podjazdu ;)


Mało atrakcyjny widok ze szczytu © Mlynarz


Nadajnik na Ślęży © Gal


Kultowa rzeźba niedźwiedzia na Ślęży © Gal


Odpoczynek w schronisku na Ślęży © WrocNam


Zaparkowane rowery w schronisku © WrocNam


Ekipa na Ślęży


Zjeżdżający ze Ślęży Jacek... © Mlynarz


Zjazd...


Pędzący w dół Błażej


Część pięknego, nowego rowerka Błażeja... :D © Mlynarz


Blase w trawie © WrocNam


Grupowe łatanie kapcia ;)


Błażej i Michał wracają ze Ślęży © Mlynarz


JPbike! © Gal


Na trasie


Problem z przejazdem przez krajową „ósemkę” © WrocNam




Odpoczynek :) © WrocNam


Kasia i Asia :) © Mlynarz


Wracamy do domku – Ślęża zdobyta!

39. HARPAGAN - zabawa z łańcuchem...

Sobota, 8 maja 2010 · Komentarze(20)
Po zeszłorocznym debiucie w Bytoni wiedziałem, że jeszcze nie raz wrócę na Pomorze, by spróbować swoich sił w kultowym rajdzie nie orientację jakim bez wątpienia jest Harpagan.
Długo czekałem na swój kolejny start w tych zawodach. Z jesiennej edycji musiałem zrezygnować z powodów osobistych, a gdy już czekałem na wiosenny start w H-39 wydarzyła się tragedia 10. kwietnia, po której organizatorzy byli zmuszeni przesunąć termin zawodów na 7-9 maja. Pomyślałem sobie, że może to dobrze, bo w maju jest przecież cieplej i będę miał też dodatkowy czas na to, by trochę pojeździć na rowerze. :)
Wreszcie nadszedł maj...

Na Harpagana wybrałem się ze swoim prywatnym Aniołkiem – czyli standardowo. ;)
Tam razem naszym środkiem lokomocji było autko. Z Wrocławia wyjechaliśmy wczesnym rankiem, już w piątek. Chcieliśmy pokonać trasę do Gdańska bezproblemowo, liczyliśmy na to, że wczesna godzina wyjazdu zagwarantuje nam znikomy ruch pojazdów na trasie – przeliczyliśmy się. Trasa jak zwykle była zapchana autami ciężarowymi, niedzielnymi kierowcami i innymi wybitnymi „kierowcami”. Dodatkowo ruch był spowolniony przez ciągle padający deszcz. Jakoś jednak dotoczyliśmy się do Gdańska. Po przeszło siedmiu godzinach jazdy byliśmy już w Trójmieście ale pognaliśmy jeszcze dalej na północ, do Władysławowa, a stamtąd na Hel, na którym jeszcze nas nie było. ;)
Oczywiście mogliśmy zapomnieć o odpoczynku na plaży, wsłuchiwaniu się w szum fal i wypiciu zimnego Bosmana, bo... było zimno, szaro, ponuro, wietrznie, mgliście i deszczowo – pogoda marzenie. :D
Zafundowaliśmy sobie jedynie pyszną rybkę w nadmorskiej tawernie.
Po sytym obiedzie wróciliśmy do Trójmiasta, odszukaliśmy gdańskie Osowo i udaliśmy się do bazy rajdu mieszczącej się w Szkole Podstawowej nr 81.

Dobrze jest przyjechać dzień przed startem.
Mogliśmy spokojnie rozpakować swoje rzeczy, ulokować się w dogodnym miejscu noclegowym, bez pośpiechu się zarejestrować i odebrać swoje pakiety startowe. Co najważniejsze, jest też czas na pogaduchy z dobrymi znajomymi. W piątkowy wieczór w bazie rajdu miło mijał nam czas na rozmowach z Mavikiem i Wikim. Obserwowaliśmy też start trasy pieszej. Trzeba przyznać, że piechurzy nie mieli lekko, gdy wyruszali na swoją trasę wciąż padał deszcz i jeszcze potem długo nie przestawał. W końcu, po wyczerpującym dniu, trzeba było położyć się spać, bo czekał nas... kolejny wyczerpujący dzień. :D
Gdy inni zjeżdżali do bazy rajdu, my już słodko spaliśmy. ;)

I nadszedł sobotni poranek.
Pobudka o 5:00.
Start o 6:30.
Ostatnie przygotowania. Śniadanie.
Wreszcie rozdanie map i można jechać.
Tuż przed wyruszeniem na trasę pozdrawiamy się jeszcze szybko z Dareckim, który startuje w Harpaganie już... osiemnasty raz!

Razem z Asią nie nastawiamy się na jakiś rewelacyjny wynik. Zdajemy sobie sprawę z tego, że w tym roku z kondycją jest bardzo krucho, bo jeździmy niezbyt wiele. Mimo to stawiamy sobie pewien cel, chcemy zdobyć 40 punktów przeliczeniowych (na 60 możliwych). Uznajemy, że to byłby całkiem niezły wynik jak na nasze możliwości i aktualną formę (a właściwie jej brak :D ). Rok temu zgromadziliśmy na swoim koncie 33 oczka i pozostał nam wtedy spory niedosyt.

No nic, ruszamy!
Przed nami 12 godzin czasu, 20 punktów kontrolnych, około 200 kilometrów i... mocno nieaktualna mapa, która ma służyć w nawigacji – fajnie! :D

PK 8 – Klukowo, ruiny gospodarstwa (czas od startu: 45 min.)
Obieramy wariant, w którym ruszamy najpierw na południe (chcemy wracać do bazy z wiatrem w plecy). Już pierwsze kilometry sprawiają nam drobne problemy, bo... ciężko jest nam wyjechać z dzielnicy Gdańska dysponując nieaktualną mapą w skali 1:100000. :D
Na szczęście bez większych strat czasowych dostajemy się na właściwą drogę.
Nawigacja idzie dalej już sprawnie.
Wjeżdżamy gdzie trzeba i zgarniamy pierwszy punkt wart dwa oczka. :)

PK 11 – Leźno, skrzyżowanie dróg (czas: 80 min.)
Z ósemki jedziemy w stronę gdańskiego lotniska Rębiechowo. Przy okazji zagłusza nas huk silników startującego samolotu.
Przejeżdżamy przez Czaple, wpadamy do lasu, odbijamy w lewo i bez problemu trafiamy na jedenastkę wartą 3 punkty.
Było przy niej trochę tłoczno. :)

PK 5 – Sulmin, stary cmentarz (czas: 115 min.)
Kolejny punkt wydaje się prosty, i taki też był, my jednak w samym Sulminie pojechaliśmy źle na rozwidleniu dróg. Na szczęście błyskawicznie połapaliśmy się, że coś jest nie tak i skorygowaliśmy swój błąd.
Po dojechaniu do piątki mamy okazję zobaczyć zrujnowaną kaplicę cmentarną, w której zostali pochowani przedstawiciele rodu Gralathów – szkoda, że taki obiekt i cały cmentarz zostały splądrowane i zniszczone przez ludzi, takie widoki zawsze bolą.
Jedziemy dalej.

PK 17 – Ostróżki, ambona (czas: 157 min.)
Robimy kilkukilometrowy, bardzo przyjemny, przelot leśną drogą.
Wyjeżdżamy w Kolbudach i dalej ciśniemy do Ostróżek jadąc przez Pręgowo Dolne.
W samych Ostróżkach znów popełniamy drobny błąd na rozwidleniu polnych dróg. Tak jak poprzednio szybko to naprawiamy. Przejeżdżamy przez łąkę, a razem z nami grupka osób, która zawierzyła mojej nawigacji. ;)
Punkt umiejscowiony przy ambonie – łatwizna.
Siedemnastka była cenna, bo warta pięć punktów.

PK 15 – Skrzeszewo, skrzyżowanie (czas: 187 min.)
Dojazd do piętnastki z siedemnastki to błahostka – jedzie się jak po sznurku.
Droga mija szybko, aczkolwiek odczuwamy pierwsze symptomy zmęczenia - niedobrze, to zbyt wcześnie. W związku z tym przy punkcie postanawiamy chwilę odpocząć. Gdy tak sobie stoimy, podjeżdża do nas ktoś znajomy – to Jarek Hawryluk z Elbląga. Ale fajnie! Mieliśmy przyjemność przejechać z nim część naszej zeszłorocznej wyprawy „Dookoła Polski”.
Ucinamy sobie miłą pogawędkę i po kilku minutach ruszamy dalej.
W stronę trzynastki...

PK 13 – Huta Górna, skrzyżowanie (czas: 259 min.)
Dojazd do tego punktu zajmuje nam aż 72 minuty – to bardzo dużo.
Nie dzieje się tak dlatego, że mamy problemy z nawigacją. Wszystko przez to, że... trzynastka okazała się dla mnie pechowa. Tuż przed podjazdem na wzgórze, gdzie znajdował się punkt zerwałem łańcuch. I to w najgorszym momencie, bo akurat stało się to na środku błotnistej drogi. Szkoda, bo skuwanie łańcucha w takich warunkach nie należy do przyjemnych zajęć. Mnie martwi najbardziej to, że ten mój nieszczęsny łańcuch jest mocno wysłużony, był już wielokrotnie skuwany i brakuje w nim kilku ogniw, przez co jest znacznie skrócony. Każde kolejne usunięte ogniwo może sprawić, że kontynuowanie jazdy w moim przypadku nie będzie możliwe (nie mieliśmy niestety z Asią spinek). Staram się wyrzucić z głowy te czarne myśli i zabieram się za skuwanie zabłoconego łańcucha. Mijający nas ludzie proponują pomoc – to miłe, takie powiedziałbym „fair play”. :)
Wszystkim dziękuję, bo wiem że skuję łańcuch i będziemy mogli jechać dalej.
No i skułem. Tylko jak?! Zapomniałem przeciągnąć łańcuch przez kółeczka od przerzutki. :D
Tak więc, rozkuwam i skuwam jeszcze raz.
Wreszcie ruszamy z Asią dalej. Od tego momentu odpuszczam cięższe podjazdy w terenie, bo nie chcę ryzykować kolejnego zerwania łańcucha. Tak więc pod trzynastkę zamiast jazdy, czeka mnie wprowadzanie rowerka – czadersko. ;)
Sam punkt został odnaleziony sprawnie.
W tym momencie jesteśmy na trasie już 4 godziny i 20 minut – 1/3 trasy za nami. Mamy zgromadzone 6 punktów, które dają nam łącznie 20 punktów przeliczeniowych – całkiem nieźle.
Zjeżdżamy z trzynastki.
Ja w głowie mam jedną myśl... łańcuch. Czy wytrzyma?!

PK 9 – Somonino, rozwidlenie dróg, skraj lasu (czas: 328 min.)
Na tym odcinku jedziemy razem z elbląskimi rowerzystami – wspomnianym Jarkiem oraz Andrzejem Wasylkiewiczem. To bardzo dobrze, bo... po kilku kilometrach wspólnej jazdy znów zgubiłem łańcuch. Mam dość. Na szczęście Andrzej wyciąga z plecaka zestaw spinek. Jestem uratowany! Ma ich tyle, że można by z nich złożyć chyba nowy łańcuch. :D
Biorę od niego jedną z nich i zadowolony szybko naprawiam napęd. Kamień spadł mi z serca. Andrzej proponuje jeszcze bym wziął sobie na wszelki wypadek ze dwie zapasowe spinki ale uznaję, że już nie powinny być mi potrzebne.
Razem dojeżdżamy do Borcza. Tam Jarek z Andrzejem zastanawiają się jak dalej jechać. My z Asią zmierzamy w stronę dziewiątki. Rezygnujemy z zaliczenia trójki i jedynki, bo są nisko punktowane.
Du punktu trafiamy bez komplikacji. Po drodze mijamy jeszcze stado krów. :)

PK 19 – Kolańska Huta, skraj lasu (czas: 379 min.)
Jesteśmy już blisko południowo-zachodniego krańca mapy – tam jest umiejscowiona dziewiętnastka warta pięć punktów. Niemal cały przelot do niej to jazda szutrowymi drogami wiodącymi przez niezwykle malownicze okolice. Te okolice to także... niezłe górki. Nie mamy dziś siły na szarpanie się z podjazdami ale spokojnym tempem brniemy do przodu. :)
W okolicy Rątów mijamy się z pędzącym na wschód Wikim.
Wydaje mi się, że bez końca jedziemy pod górę. Nie mogę doczekać się aż zdobędziemy punkt, bo to będzie ostatni punkt, do którego trzeba było jechać pod wiatr – później powinno być lepiej. :)
Odnalezienie dziewiętnastki nie poszło nam gładko ale specjalnie dużo czasu nie straciliśmy.
Po tym jak wspięliśmy się szutrową drogą na skraj lasu mogliśmy zgarnąć kolejne punkty do swojej harpaganowej kolekcji. :)

PK 7 – Chmielno, droga (czas: 448 min.)
Po zjeździe z dziewiętnastki jedziemy wzdłuż Jeziora Ostrzyckiego. Spotykamy się tam z nadjeżdżającym z naprzeciwka Tomkiem.
Myślimy jak jechać do siódemki, możemy wybrać banalny dojazd asfaltem i przy okazji podziwiać piękne jeziora: Wielkie i Małe Brodno. To jest wariant nieco dłuższy ale łatwiejszy nawigacyjnie i dający odpocząć, bo w końcu jazda po asfalcie mniej wyczerpuje niż teren.
Ja jednak pokusiłem się o cudowny manewr i chciałem skrócić dojazd do siódemki. :D
Skończyło się to tak, że większość tego odcinka to był teren, do tego kilka górek i... nadłożone kilometry oraz stracony czas. Brawo! :D
Jechaliśmy przez Ramleje i Smętowo.
Punkt był prosty do odnalezienia, tylko drogę dojazdową wybrałem nieco dziwną. :)
Chyba zabrakło mi w tym momencie koncentracji. Na szczęście Asia była wyrozumiała i nie krzyczała. ;)
Przejeżdżamy między Jeziorem Kłodno i Jeziorem Białym, wpadamy do Chmielna i jedziemy na północ.

PK 16 – Kolonia, skrzyżowanie dróg (czas: 508 min.)
Zmierzamy w stronę Jeziora Łapalickiego, dalej poruszamy się szutrową drogą i dojeżdżamy do Sianowa, z którego częściowo asfaltem, a częściowo drogą polną dojeżdżamy do lasu, w którym łatwo odnajdujemy wartą cztery punkty szesnastkę. Jedzie się łatwiej, bo nie przeszkadza już wiatr, górki też są już mniejsze. :)
Ubywa nam czasu, ubywa nam sił.
Postanawiamy, że odpuszczamy położoną na północnym-zachodzie mapy tłustą osiemnastkę, wiemy też, że nie będziemy mieć już czasu na zdobycie dwudziestki (oba PK są warte 10 punktów). Trochę szkoda ale z drugiej strony, zdajemy sobie sprawę, że jeśli w drodze powrotnej do bazy zdobędziemy punkty nr 14, 12 i 10 to zrealizujemy swój drobny cel, bo zgromadzimy ponad 40 punktów przeliczeniowych.
Wdrażamy swój plan w życie.

PK 14 – Jeleńska Huta, polana (czas: 547 min.)
Jazda na czternastkę mija sprawnie. Nie ma żadnych problemów nawigacyjnych.
Punkt bardzo łatwy.
Jednak sił już brak. :D

PK 12 – Czeczewo, szczyt wzgórza (czas: 606 min.)
Za pięknie jednak nie może być.
Kilkaset metrów za czternastką znów gubię łańcuch. Pękło kolejne ogniwo.
W tym momencie obiecuję sobie, że po powrocie do Wrocławia założę wreszcie w Treku nowy łańcuch.
W ruch idzie skuwacz i po kilku chwilach można jechać dalej. Wracają jednak obawy, bo wiem, że kolejne zerwanie to tylko kwestia czasu. Nie myliłem się.
Po kilku kilometrach asfaltu, wjeździe na polne drogi, już w pobliżu wzgórza, na którym znajduje się dwunastka... łańcuszek pęka po raz czwarty tego dnia. Skuwam i jadę dalej. Pęka po raz piąty. Mam już dość ale... skuwam dalej. :D
Gdy już jest OK ponownie podjeżdżają z pomocą Andrzej i Jarek. Andrzej oddaje mi komplet swoich zapasowych spinek, bo obawia się że mogę nie dojechać do mety. Zawsze wiedziałem, że elblążanie to dobrzy ludzie. :)
Na wzgórze rower wprowadzam. Potwierdzamy punkt i jedziemy z Asiczką dalej.
Na celownik bierzemy jeszcze dziesiątkę i później zostaje nam dojechać do mety. Czasu powinno wystarczyć.

PK 10 – Góra Donas, wieża widokowa (czas: 664 min.)
Dojeżdżamy do Chwaszczyna jadąc przez Warzno.
Po drodze, tradycyjnie już, gubię łańcuch. ;)
Już nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. :D
Na Górę Donas wjeżdżamy z Asią bez problemu, jednak tuż przed wieżą nie skręcamy gdzie trzeba i robimy malutki kółeczko.
Po zjeździe z górki czeka nas kilka kilometrów asfaltu i wjazd na metę. Mamy na to 55 minut więc jesteśmy spokojni. :)

META (czas: 693 min.)
I wreszcie meta!
Uśmiechnięci i zmęczeni kończymy swój drugi start w Harpaganie.
Dojechaliśmy na metę na 27 minut przed upływem limitu czasu.
Na trasie H-39 spędziliśmy 11 godzin i 33 minuty z czego 9:20 to czysta jazda a 2:13 to niepotrzebne postoje (ponad połowa przeznaczona na skuwanie łańcucha). Trzeba wciąż pracować nad efektywniejszym wykorzystywaniem czasu. :)
Przejechaliśmy 151 kilometrów (bardzo niska średnia to efekt braku treningu).
Tym razem udało nam się z Asią odwiedzić 13 punktów kontrolnych i zdobyć 44 punkty przeliczeniowe. Całkiem nieźle ale... stać nas na więcej. :)
Asia zajmuje piąte miejsce wśród kobiet, a ja jestem... dziewięćdziesiąty któryś. :D

Trasa trzydziestego dziewiątego Harpagana okazała się łatwa nawigacyjnie. Skutkowało to tym, że miano Harpagana zdobyło aż sześć osób, spośród których najszybszy okazał się Paweł Brudło.
Niewiele zabrakło a Harpaganem zostałby Mavik, który zdobył aż 59 punktów. Również rewelacyjnie pojechał jego brat - Piotrek zgromadził 54 oczka. Wiki natrzaskał 57 punktów, Tomek (który mówi, że jechał rekreacyjnie) zdobył ich 52, Mickey 57 – muszę kiedyś im dorównać. :)
Darecki, który zaliczył już osiemnasty start w Harpaganie zdobył 46 oczek, czyli też pojechał bardzo dobrze.

Co do awarii...
Nie byłem dziś sam. ;)
Piotrek Banaszkiewicz mówił, że skuwał na trasie swój łańcuch pięć razy, a więc był niewiele gorszy ode mnie. :D
Tomek... przyjechał na Harpagana... bez łańcucha i przerzutki (co nie przeszkodziło mu w zajęciu trzydziestego miejsca). :D
Ale najbiedniejsza z nas wszystkich była Kasia – świeżo upieczona Żonka Tomka. Otóż Kasia... zgubiła na trasie korbę i wracała do bazy pieszo. Nie mniej jednak zdobyła trzy punkty i pokonała w ten sposób aż jedenaście osób! :)

Już wieczorem, gdy wszyscy nieco ochłonęli, pokąpali się, zjedli bigosik i wypili po piwku, poszliśmy na uroczyste zakończenie zawodów, które było jednocześnie podsumowaniem sezonu 2009.
Było bardzo wesoło.

Na trasie pieszej tytuł Harpagana zdobyły aż 42 osoby. Najszybszy był Andrzej Buchajewicz.
Na trasie mieszanej jedynym Harpaganem został Andrzej Chorab.
A na trasie rowerowej, poza wspomnianym Pawłem Brudło, tytuł Harpagana zdobyli również: Mikołaj Waliński, Piotrek Buciak, Daniel Śmieja, Adam Wojciechowski i Tomasz Widuchowsi.

Dla mnie najważniejsze było jednak to, że mój Aniołek mógł wreszcie odebrać swój puchar za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację w sezonie 2009!
Cieszyłem się razem z nią. Zasłużyła na to jak nikt inny. :)
No i wiadomo, jestem z niej bardzo dumny. :D
Chociaż Asia przywozi do domu sportowe trofea. ;)

Szybko minął ten Harpagan. Za szybko. A był bardzo fajny!
Organizatorzy znów stanęli na wysokości zadania i przeprowadzili całą imprezę wzorowo.
Tylko pogratulować!

Ja już czekam na kolejną edycję Harpagana.
Bo dobrze jest się zmęczyć, bo dobrze jest pojeździć na rowerze, bo dobrze jest ponawigować ale najlepiej jest... po prostu być na Harpaganie.
Atmosfera niepowtarzalna.
I jest to zawsze świetna okazja do spotkania się z dobrymi znajomymi.
To chyba tyle. ;)

MAM JESZCZE GARŚĆ FOTEK (ALBO ZE DWIE GARŚCIE) :D
Harpagan - 39, Gdańsk - Osowa © Mlynarz


Przed Harpaganem, odwiedziliśmy Mierzeję Helską © Mlynarz


Wzburzone Morze Bałtyckie © Mlynarz


Start trasy pieszej © Mlynarz


W bazie można było znaleźć informacje o Bike Oriencie © Mlynarz


666 – szatański numer startowy Mavika :) © Mlynarz


Na starcie trasy rowerowej H-39 © Mlynarz


Asiczka przed startem © Mlynarz


Asiczka w okolicach PK 8, który zdobywaliśmy w pierwszej kolejności © Mlynarz


Na harpaganowych punktach zawsze jest wesoło © Mlynarz


Na jednym z punktów kontrolnych © Mlynarz


Ruiny kaplicy na cmentarzu w Sulminie © Mlynarz


Pręgowo - kościół © Mlynarz


Ambona w okolicy miejscowości Ostróżki - PK 17 © Mlynarz


Asiczka ciśnie przez łąkę - za nią... inni, których wprowadziłem w błąd :D © Mlynarz


Moja prywatna Harpaganka ;) © Mlynarz


Obrazek z trasy © Mlynarz


W drodze na PK 13 © Mlynarz


751 - nr Asiczki © Mlynarz


"Trochę" błotka... ;) © Mlynarz


"Trochę" kałuż... :D © Mlynarz


I Flecik Asiczki jest umorusany ;) © Mlynarz


Gdzieś na trasie... © Mlynarz


Swojsko ;) © Mlynarz


Patrzą i oczom nie wierzą ;) © Mlynarz


Każdy odnaleziony punkt to powód do radochy :) © Mlynarz


Krajobraz w okolicach Goręczyna © Mlynarz


Drogowskazy na trasie czasem pomagają © Mlynarz


Jezioro Kłodno © Mlynarz


Kościół w Sianowie © Mlynarz


Paweł i Wiki na zakończeniu zawodów © Mlynarz


Zadowolony Darek Wielakin © Mlynarz


Asia odbiera nagrody za zwycięstwo w Pucharze Polski 2009 w Rowerowych Maratonach na Orientację © Mlynarz


Michał Nowaczyk z dyplomem © Mlynarz


Paweł Brudło - zwycięzca H-39 © Mlynarz


Daniel Śmieja dorzucił kolejny tytuł Harpagana do swojej okazałej kolekcji © Mlynarz


Tomek z wylosowaną koszulką :) © Mlynarz


Wiki też miał farta w losowaniu nagród ;) © Mlynarz


Asiczka z pucharem, medalem i dyplomem :) © Mlynarz


Z moją Mistrzynią :D © Mlynarz

Waligóra (936 m n.p.m.)

Środa, 5 maja 2010 · Komentarze(9)
W tym dniu zdobyliśmy z Asią kolejny szczyt wchodzący w skład kompletowanej przez nas Korony Gór Polski.
Tym razem weszliśmy na Waligórę (936 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Gór Kamiennych.
To już piąta górka w naszej kolekcji. :)

Dzień na chodzenie po górach wybraliśmy sobie nieco nietypowy.
Akurat tak się złożyło, że oboje mieliśmy wolny czas w środku tygodnia – postanowiliśmy to wykorzystać.

Niestety, akurat wtedy gdy mogliśmy sobie pozwolić na chodzenie po górkach musiała się popsuć pogoda. Wstając rano i wyglądając za okno ujrzałem szary świat. Szary, mokry świat przesycony chłodnym powietrzem. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się pojechać z Asią w góry. A co tam! Nie będziemy mieć pięknych widoków ale za to w zamian będziemy mieć niesamowity klimat w czasie wędrówki. Tak to już jest, że mgła w górskich lasach wprowadza niesamowitą aurę tajemniczości.

Wystartowaliśmy rano z Wrocławia, przejechaliśmy przez Świdnicę i dotarliśmy do Kotliny Sokołowskiej. Tam naszym punktem wypadowym była wieś Sokołowsko.
Po dojeździe okazało się, że w górach jest bardzo chłodno, temperatura powietrza oscylowała w granicach 3 - 5 stopni Celsjusza. Na szczęście dość ciepło się ubraliśmy. :)

W stronę Waligóry poruszaliśmy się niebieskim szlakiem. Na samym jego początku odwiedziliśmy ruiny kapliczki. Następnie bardzo stromym podejściem wspinamy do góry. Podejście jest kamieniste i pozwala nawet trochę się zmęczyć. Gdy już jesteśmy wysoko... obserwujemy spowity mgłą świat. Jest fajnie, jest bardzo fajnie! Żałujemy, że nie mamy pięknych widoków, nie zobaczymy ciekawych grup skalnych, nie zobaczymy wielu pięknych rzeczy... Ale i tak, bardzo nam się podoba! Jesteśmy sami w górach. Słychać szum wiatru. Widać kołyszące się świerki, przemieszczające się warstwy chmur i ten mglisty, tajemniczy świat. Wokół spokój, głucha cisza – coś pięknego. Jesteśmy bardzo zadowoleni – jak fajnie jest rano wyjechać z Wrocławia i kilkadziesiąt minut później znaleźć się w takim miejscu jak Góry Kamienne. :)
Idąc niebieskim szlakiem przechodzimy przez trzy szczyty: Włostowa (903 m n.p.m.), Kostrzyna (906 m n.p.m.) i Suchawa (928 m n.p.m.). Z Suchawy, przy dobrej pogodzie, można podziwiać jedno z najpiękniejszych miejsc w Górach Kamiennych, którym są Czerwone Skałki (jeszcze wrócimy tu nie raz, gdy będzie piękna pogoda). Po jakimś czasie dochodzimy do żółtego szlaku. Nieznacznie się przejaśnia. Spotykamy pierwsze osoby na szlaku, to pracujący drwale. Żółtym szlakiem zmierzamy na Waligórę, w międzyczasie odbijamy jeszcze w prawo i odnajdujemy ruiny chat pasterskich. W końcu też docieramy na szczyt.
Waligóra zdobyty! :)

Teraz czeka nas bardzo strome zejście żółtym szlakiem do Schroniska Andrzejówka. Zejście robi na nas wrażenie, zsuwamy się po niemal pionowym zboczu. Po kilku minutach jesteśmy na Przełęczy Trzech Dolin. Pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku w schronisku, w którym fundujemy sobie po szklaneczce przepysznego kwasu chlebowego.

Czas wracać.
Trasa powrotna do Sokołowska wiedzie żółtym i zielonym szlakiem – jest o wiele mniej wymagająca od szlaku niebieskiego. Po drodze odwiedzamy ruiny Zamku Radosno. Następnie niemal cały czas idziemy wzdłuż strumyczku Czartowiec. Robimy krótką przerwę na Rozdrożu pod Krzywuchą, gdzie jest umiejscowione bardzo fajne miejsce noclegowe. Gdy już jesteśmy w Sokołowsku odwiedzamy na zakończenie udanej wycieczki miejscową... cerkiew. Byłem bardzo zdziwiony, że na Dolnym Śląsku można znaleźć świątynię prawosławną. Cerkiew św. Archanioła Michała w Sokołowsku to niezwykła perełka.

Powrót do Wrocławia mija nam sprawnie. Musimy co prawda trochę się spieszyć, by zdążyć na godzinę osiemnastą ale znajdujemy chwilę, by wstąpić do Baru Marysieńka w Głuszycy, w którym jemy obfity i pyszny obiad.

Dziś przeszliśmy 10,5 km i pokonaliśmy 690 metrów przewyższenia.

Już nie mogę doczekać się kolejnego wypadu w góry. :)

ZDJĘCIA Z WYPADU:
Waligóra (936 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Gór Kamiennych © Mlynarz


Nad mgłą... ;) © Mlynarz


Na szlaku © Mlynarz


Asia podchodzi... © Mlynarz


Asia schodzi :D © Mlynarz


Niebieski szlak © Mlynarz


Ruiny kapliczki © Mlynarz


"Nasi" tu byli ;) © Mlynarz


Przedzierając się w stronę szczytu © Mlynarz


Samotne drzewo we mgle © Mlynarz


Straszące drzewo... © Mlynarz


Drzewo na zboczu © Mlynarz


Asia pstryka fotkę © Mlynarz


Przyroda jest piękna © Mlynarz


Świat zalany mgłą © Mlynarz


W pobliżu Suchawy © Mlynarz


Aura tajemniczości © Mlynarz


Krajobraz zamglonych Gór Kamiennych © Mlynarz


Asia na punkcie widokowym na Suchawie © Mlynarz


Widok na rozdroże © Mlynarz


Poprawianie języka w butach ;) © Mlynarz


Leśna rusałka ;P © Mlynarz


Dziewięćsił?! Nie jestem pewien... :/ © Mlynarz


Wędrująca Asiczka © Mlynarz


Lubię "dziwne drzewa" © Mlynarz


Jedna z wielu dróg rowerowych w Górach Kamiennych © Mlynarz


Węzęł szlaków rowerowych © Mlynarz


Ruiny chat pasterskich w okolicy Waligóry © Mlynarz


Waligóra zdobyty! © Mlynarz


Kamień na najwyższym szczycie Gór Kamiennych © Mlynarz


Stromo w dół © Mlynarz


Jeszcze bardziej stroooomo... © Mlynarz


Lot w dół © Mlynarz


Widok na Schronisko Andrzejówka © Mlynarz


Asia na Przełęczy Trzech Dolin © Mlynarz


Węzęł szlaków na Przełęczy Trzech Dolin © Mlynarz


W schronisku, popijając pyszny kwas chlebowy © Mlynarz


Drewniane zdobienia wnętrza Andrzejówki © Mlynarz


Asia i ruiny Zamku Radosno © Mlynarz


Ruiny i ja ;) © Mlynarz


Szlak obok ruin © Mlynarz


Pokonywanie przeszkód terenowych ;) © Mlynarz


Łopaty w dłoń! © Mlynarz


Strumyczek Czartowiec © Mlynarz


Wiata noclegowa na Rozdrożu pod Krzywuchą © Mlynarz


Odpoczynek w "noclegowni" ;) © Mlynarz


Cerkiew prawosławna Św. Archanioła Michała w Sokołowsku © Mlynarz


Cerkiew od frontu © Mlynarz


Surowe spojrzenie... :) © Mlynarz

Śnieżnik (1425 m n.p.m.)

Sobota, 1 maja 2010 · Komentarze(15)
W pierwszy dzień maja zaliczyłem wraz z moim Aniołkiem trzeci w tym roku wypad w góry. Wypad... bez rowerów, bo była to piesza wędrówka z cyklu „zdobywamy Koronę Gór Polski”.

Dziś towarzyszyła nam Agnieszka z Patrykiem, Boguś i Semtex.
W takiej ekipie mogło być tylko wesoło – i było. :)

Za cel obraliśmy najwyższy szczyt Masywu Śnieżnika czyli... Śnieżnik, który liczy sobie 1425 metrów wysokości n.p.m.

Z Wrocławia wyruszyliśmy autkiem po godzinie dziewiątej. Po dwóch godzinach jazdy byliśmy w Międzygórzu, z którego wyruszyliśmy na czerwony szlak. W bardzo dobrych nastrojach, z szalejącym Semtexem, pokonywaliśmy kolejne mniej lub bardziej strome podejścia. Trasa była bardzo malownicza a przyjemnej wędrówce sprzyjała dobra pogoda. Po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy na Halę pod Śnieżnikiem, gdzie odwiedziliśmy schronisko i trochę odpoczęliśmy. Po kilkunastu minutach zabraliśmy się za zdobywanie Śnieżnika (niestety bez Agnieszki i Patryka, którym we znaki dały się problemy z obtartymi nogami). We trójkę, z Asią, i z Bogusiem, wyruszyliśmy na zielony szlak, na którym miejscami zalegały jeszcze resztki śniegu. Ten odcinek był niezwykle przyjemny, bo obfitował w wiele pięknych widoków. Podziwianie górskich panoram to coś wspaniałego. Trochę też się powygłupialiśmy na trasie. :)

Wreszcie zdobyliśmy Śnieżnik!
Na szczycie panowały całkowicie inne warunki niż podczas mojej zimowej wycieczki. ;)
Było tam też bardzo dużo ludzi – to cieszy, że ludzie w tak aktywny sposób spędzają wolny czas.
Po kilku minutach spędzonych na szczycie mogliśmy zaobserwować jak o zbocza Śnieżnika ociera się ciemna chmura – bardzo ciekawy widok. W jednym momencie zrobiło się szaro, ponuro i bardzo zimno. Na szczęście po piętnastu minutach wszystko wróciło do normy i na niebie znów zawitało słońce. :)

Wróciliśmy pod schronisko, gdzie czekała na nas Agnieszka z Patrykiem i z Semtexem. Znów całą ekipą, udaliśmy się w drogę powrotną do Międzygórza. Tym razem jednak poruszaliśmy się szlakiem niebieskim, który jest bardzo łagodny ale znacznie dłuższy od czerwonego - jest to też idealny szlak do zdobywania Śnieżnika rowerem. Swoją drogą, dziś na Hali pod Śnieżnikiem spotkaliśmy dość sporo bikerów – taki widok zawsze cieszy. :)

W Międzygórzu byliśmy z powrotem przed godziną siedemnastą. Trochę zmęczeni i głodni ale bardzo zadowoleni. Pakujemy się w auto i udajemy się jeszcze do Bystrzycy Kłodzkiej na pizzę. Posiłek jemy w tej samej restauracji, w której zatrzymaliśmy się w czasie naszej podróży Dookoła Polski – powróciły miłe wspomnienia. :)

Po jedzeniu pada jeszcze pomysł, by... odwiedzić Góry Stołowe. :D
No to pojechaliśmy. :)
Jako, że dotarliśmy tam stosunkowo późno, to nie weszliśmy już na Szczeliniec Wielki, ani też nie odwiedziliśmy Błędnych Skał. Jednak wbiegliśmy szybciutko na Fort Karola, by podziwiać zachód słońca i widok Szczelińca.

Po dniu pełnym wrażeń trzeba było wracać do Wrocławia.
Gdzieś na trasie dorwał nas deszcz. Pomyślałem sobie wtedy, że pogoda tego dnia obeszła się z nami nadzwyczaj łaskawie, bo deszcz padał przez cały dzień... poza okresem, gdy byliśmy w górach. :D

Śnieżnik jest już czwartym szczytem wchodzącym w skład Korony Gór Polski, który udało mi się zdobyć podczas pieszej wycieczki z moją Asią. :)
Cieszę się, że zostały nam do zdobycia jeszcze aż dwadzieścia cztery! :D

Dziś przeszliśmy 14,5 kilometra, pokonując przy tym 735 metrów przewyższenia.
Cały wypad był udany przede wszystkim dzięki naszym dzisiejszym towarzyszom: Agnieszce, Patrykowi, Bogusiowi i Semtexowi. :)

Poniżej „trochę” zdjęć. :D
Fotki autorstwa Asi, Bogusia i mojego.
Na Śnieżniku - z Asią i Bogusiem © Mlynarz


Ale po kolei:
Moi dzisiejsi Towarzysze: Asia, Agnieszka, Boguś, Patryk i... Semtex :) © Mlynarz


Asia w drodze na Śnieżnik - na czerwonym szlaku © Mlynarz


Wzdłuż potoczku Wilczka © Mlynarz


Głodomory ;) © Mlynarz


Agnieszka i Patryk - Zakochana Para ;) © Mlynarz


Semtex lubi dobre patyczki ;) © Mlynarz


Lubi też kąpiele © Mlynarz


A ja lubię robić fotki i jeszcze parę innych rzeczy... :D © Mlynarz


Fajnie w górach jest! Nawet bardzo... :) © Mlynarz


Asi też się podoba © Mlynarz


"Wyginam śmiało ciało..." - Boguś też lubi focić :D © Mlynarz


Idziemy, idziemy! © Mlynarz


Coraz wyżej - coraz bliżej Hali pod Śnieżnikiem © Mlynarz


Asia spogląda na Czarny Dół © Mlynarz


Las na Masywie Śnieżnika © Mlynarz


Na Hali pod Śnieżnikiem - w tle schronisko © Mlynarz


Schronisko Na Śnieżniku © Mlynarz


Odpoczywający Semtex © Mlynarz


My też odpoczywamy na Hali pod Śnieżnikiem © Mlynarz


Asiczka i Młynarz :) © Mlynarz


Asia i Boguś wyruszają na zielony szlak - kulminacyjne podejście na Śnieżnik © Mlynarz


Las przy zielonym szlaku prowadzącym na Śnieżnik © Mlynarz


Czasem trzeba było się przeprawić przez śnieg i lód... © Mlynarz


...a innym razem przelecieć nad błotem (w locie Boguś) © Mlynarz


Drogę umilało także robienie zdjęć © Mlynarz


Asia © Mlynarz


Widok na czeską stronę Masywu Śnieżnik © Mlynarz


Asia, Boguś i Młynarz - trójka która zdecydowała się zaatakować szczyt © Mlynarz


Ostatnie chwile przed zdobyciem szczytu © Mlynarz


Wspinaczka to ciężki kawałek chleba ;) © Mlynarz


"Z Bogusiem to zawsze jest wesoło" :) © Mlynarz


Zbocze Śnieżnika © Mlynarz


Tuż przed szczytem © Mlynarz


Wiatr przygnał nad góry ciemne chmury... © Mlynarz


Śnieżnik zdobyty! :) © Mlynarz


Na szczycie zrobiło się mgliście © Mlynarz


Czas wracać - droga powrotna ze szczytu © Mlynarz


Robiąc fotkę robaczkowi... :D © Mlynarz


Napotkany chrząszcz - to na pewno Oleica... tylko nie wiem jaka © Mlynarz


Wracaliśmy niebieskim szlakiem © Mlynarz


Jest to bardzo malowniczy szlak © Mlynarz


Asia na niebieskim szlaku © Mlynarz


I reszta ekipy © Mlynarz


Boguś i... leśny domek ;) © Mlynarz


Kogo oni znowu obgadują?! ;) © Mlynarz


I na sam koniec dnia wizyta w... Górach Stołowych :) © Mlynarz


Widok na Szczeliniec Wielki © Mlynarz


Zachód słońca widziany z Fortu Karola © Mlynarz

Węgry ale "Węgry" :)

Sobota, 24 kwietnia 2010 · Komentarze(12)
Rozruszanie starych zmęczonych kości. ;)

Jakoś wciąż mi brakuje motywacji, wolnego czasu, zorganizowania i nie wiem jeszcze czego, by zacząć regularnie jeździć. Niby chcę ale... nie jeżdżę. To pewnie przede wszystkim chodzi o zorganizowanie wolnego czasu. Zbyt wiele rzeczy odkładałem wcześniej i teraz trzeba z nimi nadganiać. Ale jak już nadgonię... to takie wycieczki jak ta dzisiejsza nie będą zdarzały się raz na tydzień. Będę jeździł regularnie, tak jak lubię, tak jak powinno być, tak jak jest zdrowo. :)
A nadgonię ze wszystkim już niedługo.

Dziś trochę poeksplorowałem wioski w okolicy Żórawiny. Pooglądałem pałacyki i kościółki w miejscowościach z dzisiejszej trasy. Ale przede wszystkim chodziło mi o to by pojeździć, dotlenić się, sprawić sobie przyjemność. :)

Może pochwalę się jeszcze, że w drodze powrotnej do Wrocławia, gdy jechałem pod wiatr wyprzedziła mnie dwójka bikerów. Generalnie chciałem im uciec ale w pojedynkę nie miałem z nimi większych szans. Jednak gdy mnie wyprzedzili to siadłem im na kole i przez ponad 10 km zamiast męczyć się cisnąc pod wmordewind jechałem sobie nie schodząc poniżej 30 km/h. :D
Trochę się wściekali, bo nie mogli mnie zgubić. :D
Nie wiem co bardziej ich denerwowało, czy fakt że jechali na kolarkach a ja na góralu... Czy może to, że oni, jako „super full pro” kolarze w lajkrach nie mogli zgubić ziomka, który sobie jechał ubrany w t-shirt i bojówki. :D

TRASA:
Wrocław: Krzyki – Ołtaszyn...
Wysoka -> Karwiany -> Komorowice -> Szukalice -> Galowice -> Wilczków -> Pasterzyce -> Bogunów -> Węgry -> Stary Śleszów -> Polakowice -> Krajków -> Żórawina -> Suchy Dwór -> Biestrzyków...
Wrocław: Ołtaszyn – Wojszyce – Gaj – Krzyki

Już niedługo... ;) © Mlynarz


Węgry - obelisk na terenie kościoła św. Jadwigi © Mlynarz


Węgry - malunek na kościele św. Jadwigi © Mlynarz


Węgry - jeden z krzyży pokutnych © Mlynarz


Start Śleszów - świeżo wybudowany kościół © Mlynarz


Polakowice - dawny pałac - obecnie szkoła © Mlynarz


Brukowa droga w okolicy Krajkowa © Mlynarz


Pierwsze makro zrobione Olympusem - trzeba go lepiej opanować ;) © Mlynarz

Wypłata

Wtorek, 20 kwietnia 2010 · Komentarze(7)
Po południu wyrwałem się na chwilkę z mieszkanka, by pojechać na Muchobór odebrać swoją wypłatę.
Miło się przejeżdżało obok zakorkowanych ulic. :)
W drodze powrotnej na skrzyżowaniu Hallera z Gajowicką spotkałem Filipa. Trochę pogadaliśmy, poplotkowaliśmy i umówiliśmy się wstępnie na majowe zdobywanie Ślęży.
Zapowiada się fajny wyjazd. :)