Przeziębnięty zmęczony

Piątek, 19 grudnia 2008 · Komentarze(20)
Dwusetka jest dedykowana Asiczulkowi. :)

Już dziesiąty raz w tym roku pokonałem dystans większy niż 200 km.
W sumie mam już na swoim koncie trzynaście takich dystansów.
Równocześnie dziś po raz... 99-ty pokonałem dystans ponad 100 km, a więc następnym razem będzie jubileusz. :)
Żeby było śmieszniej... dzisiejsza dwusetka była dwusetną wycieczkę tego roku...

Jest to dwusetka, której przejechanie sprawiło mi największą trudność ze wszystkich dotychczasowych dystansów powyżej 200 km.
Kosztowała mnie sporo energii, momentami zadawała ból, był moment, w którym z jej przejeżdżania zrezygnowałem, wymagała strasznie dużo uporu.
Ale wszystko skończyło się tak, że na ustach pozostał uśmiech radości i satysfakcja z przezwyciężenia własnych słabości i nieugięcia się przed bezlitosną tego dnia pogodą...

Wszystko się zaczęło wczesnym rankiem.
Plan na dziś był taki, by przejechać 200 km i... odwiedzić Anetkę i Darka wraz z chłopcami na zabrzańskiej Helence. :)
Tak by zrobić im świąteczną niespodziankę.

Prognozę pogody miałem całkiem niezłą, bo wiatr w plecy 15-25 km/h na całej długości, bez opadów i temperatura 1-3 stopnie na plusie...
Wszystko się sprawdziło oprócz jednego. Od rana padał deszcz. :(
Mimo to zdecydowałem się jechać z nadzieją, że za kilkanaście kilometrów ustąpi.
Niestety nie ustąpił.
Po 20 kilometrach, stopy wpakowane w SPD drętwiały z zimna, bo były całe mokre. :/
SPD to niestety nie jest dobre obuwie na zimę, dziś się o tym dobitnie przekonałem.
Być może ochraniacze coś dają w takich warunkach pogodowych ale jeszcze ich nie posiadam.
W każdym razie po przejechaniu 40 kilometrów i dojechaniu do Brzegu (prawie cały czas jechałem 94-ką) nie wytrzymałem i stwierdziłem, że to nie ma sensu.
Deszcz nie przestawał padać, stopy mi zamarzały...
Wiedziałem, że prędzej czy później to mnie dobije, a im dalej będę oddalony od Wrocławia tym gorzej może się to dla mnie skończyć...
Odwrót...
I 40 kilometrów do Wrocławia, cały czas pod wiatr, w padającym deszczu, z zamarzającymi nogami. Koszmar!
Tak bardzo jeszcze nigdy nie zmarzłem w nogi.
W pewnym momencie zatrzymałem się i zmieniłem mokre skarpetki na suche, dodatkowo zrobiłem sobie „windstoper” z woreczków foliowych. (pomogło tylko przez jakieś 15 km) :)
Także zmieniłem przesiąknięte od deszczu rękawiczki na suche. Dobrze, że kiedyś nauczyłem się od Cześka wozić zapasową parę rękawic w takich ciężkich warunkach pogodowych. W tym miejscu serdecznie Cię Cześku pozdrawiam! :)
Jakoś przemęczyłem ten powrót ale dojechałem z wielkim bólem – ledwo się wypiąłem z SPD...
Na mieszkaniu zrzuciłem z siebie wszystkie mokre ciuchy, z wielką ulgą pozbyłem się mokrych skarpet i butów. Zacząłem się ogrzewać.
Wypiłem kilka ciepłych herbat i zaaplikowałem sobie potężną dawkę witaminy C – byle się nie pochorować.

No cóż... miało być 200 km, a licznik stanął na 78 km...
Leżałem sobie zmasakrowany i dochodziłem do siebie.
Na dziś koniec jazdy – tak myślałem.
Zdrzemnąłem się na półtorej godzinki.

Gdy już odpocząłem było późno, bo godzinka 16:00.
Naszła mnie chęć by jednak zmierzyć się jeszcze tego dnia z tym dystansem. :)
Część ciuchów mi wyschła na kaloryferze, dobieram też inne.
Ciągle pada więc zakładam w „Diamondzie” błotniki, które wypożyczył mi Krzychu za puszkę Piasta. :D
Zamiast SPD zakładam swoje stare, poczciwe adidasy, które już wiele ze mną przeszły. :)
Zamiast shimanowskich spodni wkładam kochane dżinsy, a pod to dresik.
Ruszam w miasto – jest ciemno, wciąż pada więc decyduję się zrobić resztę dystansu kręcąc po samym Wrocławiu.
Czeka mnie jeszcze 122 km...

Na początek uderzam na plac JPII po buziaczka od Asiczki. ;)
Odprowadzam ją do Rynku.
Jedni idą na piwo... drudzy ruszają w miasto na „Diamentowym”.
Bardzo ciężko się jeździ, strasznie przeszkadza wiatr, co chwilę trzeba stać na światłach, ruch jest spory, a kierowcy w trudnych warunkach pogodowych zachowują się co najmniej dziwnie.

Gdy mam już na liczniku niecałe 130 km spotykam się ponownie z Asiczką i jej koleżankami w Rynku.
Bardzo miła i przyjemna przerwa od kręcenia podczas, której wcinam także pyszną tortillę.
Niestety po jakimś czasie trzeba się rozstać i kręcić dalej.

Najważniejsza informacja jest taka, że wreszcie przestało padać!
Po 130 kilometrach... tak długo musiałem na to czekać. :)
Cieszy też bardzo fakt, że młynarzowy zestaw ciuchów na rower sprawia, że ciągle jest mi ciepło. Nic tylko pedałować – szkoda, że sił brakuje. :)
I tak sobie spacerowałem do późnych godzin nocnych na rowerku po Wrocławiu.
Odwiedziłem „Glinianki”, Grabiszynek, Kozanów, Most Milenijny (i masę innych mostów :) ), Marino, Koronę, Rynek, Halę Stulecia, Gaj, Plac Grunwaldzki, Ostrów Tumski – większość z tych miejsc po kilka razy. :)

W pewnym momencie licznik wybił 185 km, w tym też momencie byłem... 15 km od mieszkanka, więc stało się jasne, że tylko cudem mógłbym nie przejechać tych 200 km na które dziś się mocno nastawiłem. :)
Ten 185 kilometr miał miejsce przy „drogowskazie” na Moście Milenijnym... :D
Wracamy, 186 km, 187 km, 188 km... 199 km... i jest – 200 km! :)

Było bardzo ciężko!
Ale jak zawsze... było warto!
I mimo wszystko – pięknie było. :)

DIAMENTOWY – GOTÓW DO PODRÓŻY :)


TRZEBA WYBRAĆ – WRACAMY...


ULICA LEGNICKA


MOJA RZEŹBA NA PLACU JPII ;)


TAK PRZYSTROILI TAMTEJSZĄ FONTANNĘ :)


WIDOK Z MOSTU POMORSKIEGO NA MOST UNIWERSYTECKI


TAKIEGO ŻARŁOKA SPOTKALIŚMY Z JAHOO KOŁO PIZZA HUT W RYNKU :)


MOST TUMSKI – ZNANY JAKO MOST „ZAKOCHANYCH” :)


OSTRÓW TUMSKI

Z twarzą mokrą od deszczu

Środa, 17 grudnia 2008 · Komentarze(16)
Wieczorem musiałem niestety opuścić Kozanów i wrócić na Księże Małe.
Całą drogę padało, więc przyjechałem nieźle umorusany. :)

Teraz siedzimy z Krzychem i oglądamy polską rewelację w Pucharze UEFA.
Lech Poznań dostarczył w tym sezonie polskim kibicom dużo emocji, dziś walczy na wyjeździe z Feyenordem Rotterdam o awans do kolejnej fazy pucharu.
Po przerwie Kolejorz prowadzi 1:0!
Póki co ma awans i oby tak zostało.

Najważniejszą informacją dnia jest jednak to, że Asiczka po wczorajszym upadku ma się całkiem nieźle.
Niestety ręka jest mocno stłuczona i boli ale na szczęście obyło się bez uszkodzenia kości i to bardzo cieszy! :)

Szybki powrót do Wrocławia

Wtorek, 16 grudnia 2008 · Komentarze(8)
Wieczorem tato zawiózł mnie na pociąg do Żar.
Po troszkę ponad trzech godzinach byłem znów we Wrocławiu.
Na dworcu czekała na mnie Jahoo - ja to jestem szczęśliwym ludziem. :D
Razem pojechaliśmy na Kozanów zahaczając o Tesco na Długiej.

W TAKICH KOMFORTOWYCH WARUNKACH SPĘDZIŁEM DZIŚ POŁOWĘ PODRÓŻY


A TAKIE WYCZESANE KANAPKI PRZYGOTOWAŁA MI MAMA ASICZKI... :)

PAJLI

Poniedziałek, 15 grudnia 2008 · Komentarze(34)
Dwusetka dedykowana mojej kochanej siostrze Paulinie, która dziś obchodzi 16-te urodziny. :)
To właśnie jej urodzinki zmotywowały mnie do tego, by dziś rano wsiąść na rower i pojechać prosto z Wrocławia do mojego rodzinnego Jasienia.
Zrobiłem jej nie lada niespodziankę, gdy zastała mnie w drzwiach. :D
Z resztą nie tylko jej. :)

Jeszcze raz życzę Ci wszystkiego co najlepsze Paulinko! :)

Z Wrocławia wyruszyłem o 7:30, a to oznaczało 90 minut poślizgu w odniesieniu do tego co wcześniej zaplanowałem.
Nic to, byłem zdeterminowany by dziś dojechać do domu na rowerze.

Najpierw musiałem przez 12 kilometrów przebijać się przez zakorkowany Wrocław.
Następnie jechałem do Kątów Wrocławskich po oblodzonej drodze (cieszyłem się, że nie założyłem slicków) mijając auta, które… zakończyły swą podróż w rowach.
Za Kątami na szczęście poprawiła się nawierzchnia, wyszło też słońce i zaczęło się robić cieplej.
Tego dnia pogoda była dla mnie wspaniała. Szkoda tylko, że wiatr nie wiał idealnie w plecy. :D
Ale też trzeba się cieszyć, że nie przeszkadzał w jeździe, bo w większości miałem boczny, a nawet czasem coś tam mnie popchnął do przodu. ;)

Trasa jaką jechałem niczym nie różniła się od tej, którą pokonałem 26. maja w Dzień Matki. :)
Pierwszą połowę udało się pokonać łatwo, z jedną tylko przerwą na ciepły posiłek w Legnicy.
Przyznać się muszę do tego, że między 85 a 125 kilometrem trasy miałem potężny kryzys i jechałem tylko siłą woli. Dalej to już bywało różnie, obniżyłem tempo i bez większych problemów dojechałem do domu, chociaż na ostatnich 30 km odczuwałem dość spore zmęczenie. Organizmu jednak nie da się oszukać. :)
Przez ostatnie 3 miesiące przejechałem tylko 2 setki, a tak poza tym to robiłem krótkie i większości lekkie traski, co było spowodowane zapaleniem ścięgna Achillesa.
Na dzień dzisiejszy mogę cieszyć się z tego, że ze ścięgnem jest już niemal wszystko OK i trzeba powoli zacząć je przyzwyczajać do normalnych obciążeń, z tym że będę robił to uważnie, by za szybko nie narzucić mu zbyt ciężkiej pracy.

Cieszę się również z tego, że trasę pokonałem na swoim starym, poczciwym „Diamondzie”, który towarzyszy mi od 2001 roku. :)
Mam wielki sentyment do tego rowerka i mimo, że niedawno zakupiłem świetnego Treka to z „Diamentowym” chcę przejechać jeszcze setki kilometrów.

W domu byłem o 18:30, a więc równo 11 godzin od momentu, w którym wystartowałem z przybytku Pani Władysławy na Księżu Małym we Wrocławiu. :D
Wychodzi na to, że przez dwie i pół godziny obijałem się na trasie, bo czas jazdy to 8,5 h. :)
No ale trzeba było coś ciepłego zjeść, a także dwukrotnie zrobić zakupy.
Poza tym, tak jak wspomniałem, forma nie ta i zmęczenie było odczuwalne, także czasem zjeżdżałem sobie na krótkie przerwy podczas których wcinałem Kinder Bueno i takie tam inne smakołyki. :)
Trochę też dziś marzłem na ostatnich kilometrach.
Długie dystanse zimą mają swoje uroki ale trzeba czasem przezwyciężyć marznące policzki, stopy i inne części ciała. ;)

Ja z dzisiejszej dwusetki jestem bardzo zadowolony, bo:
- mogłem zrobić wielką niespodziankę siostrze
- odwiedziłem domek
- dotleniłem się :D
- zbliżyłem się znacznie do 10’000 km w tym roku (może jednak się uda)
- poczułem się jeszcze lepiej
- i w ogóle było pięknie! :)

TAK Z SAMEGO RANA WYGLĄDAŁY DROGI…


PÓŹNIEJ BYŁO JUŻ LEPIEJ :)


JESIEŃ, ZIMA… WCALE NIE SĄ TAKIE SZARE ;)


GDZIEŚ NA TRASIE MIAŁEM TAKIE WIDOKI




”DIAMENTOWY” PRZYJACIEL – JESZCZE PRZED NAMI WIELE WYPADÓW :)


WRO/Księże Małe - Gaj – Hallera – Grabiszyńska...
Mokronos Dolny -> Cesarzowice -> Jaszkotle -> Pietrzykowice -> Sadków -> Sadkówek -> Sośnica -> Kąty Wrocławski -> Pełcznica -> Piotrowice -> Kostomłoty -> Samborz -> Jarosław -> Ujazd Górny -> Karnice -> Budziszów Mały -> Postolice -> Kępy -> Biernatki -> Taczalin -> Koskowice -> Legnica -> Lipce -> Studnica -> Michów -> Chojnów -> Czernikowice -> Rokitki -> Brzozy -> Chocianów -> Jakubowa Lubińskie -> Wysoka -> Wilkocin -> Przemków -> Szklarki -> Piotrowice -> Szprotawka -> Szprotawa -> Bobrzany -> Bukowina Bobrzańska -> Chrobrów -> Bożnów -> Żagań -> Marszów -> Żary -> Grabik -> Drożków -> Świbna -> JASIEŃ

Jacek we Wrocławiu

Niedziela, 14 grudnia 2008 · Komentarze(21)
Dziś dzień spędzony razem z Jackiem znanym wszystkim na BS, jako JPbike.
Naszego sympatycznego gościa, który przyjechał do Wrocławia z Poznania, miałem przyjemność oprowadzać po mieście razem z Jahoo. :)

Wszystko zaczęło się o godzinie 11:30 przed wejściem głównym na dworzec PKP Wrocław Główny, gdzie czekał na nas Jacek.
Sympatyczne powitanie i jako pierwszy kierunek naszej dzisiejszej wycieczki obieramy Rynek.
Troszeczkę krążymy po uliczkach Starego Miasta, odwiedzamy Uniwersytet Wrocławski, gdzie studia skończyła Asiczka, a ja mam zamiar skończyć. :D
Na samym Rynku były dziś tłumy. Jackowi się podoba.
Jest świąteczna atmosfera, wcinamy sobie pączkowate kuleczki w „Bajkowym Lasku”. Wczoraj z Asiczką jedliśmy czekoladowe, dzisiaj dostaliśmy za to z migdałkami. :)

Po kilku chwilach odwiedzamy Jatki, uroczą uliczkę, na której jest ciekawy „pomnik” zwierząt gospodarczych. Jest tam trochę śmiechu i zabawy przy robieniu zdjęć. :D

Kolejne miejsce to park na Wyspie Słodowej. Przed wjazdem na wyspę Jacek poznał „Powodziankę”.
Z wyspy zasuwamy na Ostrów Tumski, gdzie podziwiamy katedrę i inne budynki sakralne.
Jadąc tam zahaczyliśmy o Mosty Młyńskie. ;)
Postanawiamy, że przejedziemy się na drugą stronę Odry, by stamtąd zobaczyć panoramę Ostrowa. Jak zawsze jest ślicznie, a do tego zza nielicznych chmur jakie były na niebie wyszło słońce. :)
Pogoda, jak na środek grudnia, była świetna tego dnia.

Przejeżdżamy obok Hali Targowej, potem Panoramy Racławickiej i w Parku Słowackiego Asiczka rzuca genialny pomysł... lodziki! :D
Także długo nie czekając zmierzamy w stronę Galerii Dominikańskiej. Mija kilka minut i już każdy z nas wcinał pyszne lody. :)
Po tym smakowitym deserku śmignęliśmy na Most Grunwaldzki, stamtąd wybrzeżem do Mostu Zwierzynieckiego, kolejne kilkaset metrów i lądujemy pod wrocławskim Zoo.
Po drugiej stronie ulicy czekała na nas jednak Hala Stulecia (dawniej Ludowa) więc tam też się udaliśmy.

Odwiedziliśmy również Park Szczytnicki, w którym zjeździliśmy kilka ścieżek i zawitaliśmy w tamtejszym drewnianym kościółku.
Dziś mieliśmy szczęście, bo można było wejść do wewnątrz tej drewnianej budowli.
Po kościółku nadszedł czas na odwiedziny kompleksu Stadionu Olimpijskiego.
A po odwiedzinach stadionu... czas na gwóźdź programu, czyli wrocławskiego Piasta. ;)
Po zaopatrzeniu się w sklepie z dobrami doczesnymi ruszamy na Most Bartoszowicki, z niego już rzut beretem na Jaz Opatowicki, gdzie robimy przerwę na odpoczynek. :)
Jacek mówi, że Piast mu smakuje. To miłe.
Dziś nawet Jahoo skusiła się na ten trunek. :D

Po posiadówce kręcimy na Wyspę Opatwicką i docieramy na jeden z jej końców – dosyć ciekawe miejsce.
Następnie przeprawiamy się śluzą na stały ląd i gnamy co sił w nogach na Plac Grunwaldzi, by zjeść coś ciepłego, bo zgłodnieliśmy.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy „Pani z wielkimi kolanami”, a także zerknęliśmy na wieżę ciśnień.
Wreszcie też wylądowaliśmy w pizzerii „Bravo”.
Duża Familijna sprawia, że wstajemy od stołu syci i gotowi na wieczorną jazdę po Wrocławiu.

Teraz zrobiło się dopiero pięknie.
Jacek czekał na moment, gdy wszystkie mosty i zabytki zostaną ładnie oświetlone. :)
Jeszcze raz odwiedziliśmy Ostrów Tumski, który w nocy nabiera niesamowitego uroku.
Wjeżdżamy też na Wyspę Słodową, z której są cudowne widoki na Uniwersytet Wrocławski i całą ulicę Grodzką.
Postanowiliśmy też zaciągnąć Jacka na nasz ulubiony Most Milenijny. :)
Wracając z Milenijnego przejechaliśmy obok Mostu Osobowickiego i przez Mosty Trzebnickie a także Plac Staszica.

Nadszedł i czas na Rynek nocą. :)
Jacek zobaczył naszą wrocławską choinę na własne oczy. :)
Z innych miejsc odwiedzonych po zapadnięciu zmroku należy wymienić ulicę Szewską z białym drzewkiem, plac Jana Pawła II, plac Orląt Lwowskich, a także Operę i Arkady Wrocławskie.
Szkoda, że czas tak szybko gonił, bo nim się obejrzeliśmy musieliśmy gnać na PKP żeby Jackowi nie uciekł pociąg do Poznania. :)
Z drugiej strony szybko uciekający czas oznacza, że człowiek się nie nudzi i dobrze się bawi.
Tak właśnie było tego dnia. :)

Dziękujemy Ci bardzo Jacku za odwiedziny w naszym mieście i wspólną jazdę!
Do następnego! :)

ASICZKA Z JACKIEM – Z ODWIEDZINAMI U „PANI Z WIELKIMI KOLANAMI” :)


TUTAJ KUPUJĄ MŁYNARZOWI PĄCZKOPODOBNE COŚ – DZIŚ PRÓBOWALIŚMY MIGDAŁOWYCH :D


NASZE MASZYNY CZEKAJĄ NA ZWIEDZANIE :)


JAK SŁODKO :)


OSTRÓW TUMSKI


HMM... COŚ PRZYKUŁO WZROK JACKA ;)


KOP Z SPD’A W WYKONANIU JACKA :D (BIEDNA KOZA ;) )


GŁÓWNA ATRAKCJA ZWIEDZANIA WROCŁAWIA ;)


BIESIADA TRWA :D


JAZ OPATWOWICKI I ODRA


UNIWERSYTET WROCŁAWSKI

Mroźna przejażdżka

Sobota, 13 grudnia 2008 · Komentarze(22)
Razem z Asiczulkiem z Kozanowa na Księską po zapadnięciu zmroku.
Dzisiaj z małym urozmaiceniem, bo chcieliśmy zobaczyć świąteczny nastrój na wrocławskim Rynku.
Setki tysięcy migających wszędzie światełek, przystrojone witryny sklepowe, choinki, spacerujący ludzie... Święta idą!
To widać, to czuć i to jest bardzo fajne. :)

Nasza jazda, mimo mroźnego powietrza, była bardzo przyjemna.
Zaliczyliśmy też po drodze kilka mostków z naszym ulubionym Milenijnym. ;)
W Bajkowym Lasku na Rynku zjedliśmy pyszne, czekoladowe, pączkopodobne wyroby. :)

Później jeszcze rajd do Tesco na Długiej po nasze przysmaki. ;)
Z zakupami już na Księże Małe.
Weekend trwa! :D

NASZA WROCŁAWSKA CHOINKA


PRZY BAJKOWYM LASKU...


KTOŚ ZGŁODNIAŁ?! :D


KARUZELA


SZYBSZA NIŻ WIATR, SZYBSZA NIŻ TRAMWAJ... JAHOO NA ULICY SZEWSKIEJ! :D

Do Asiczulka

Piątek, 12 grudnia 2008 · Komentarze(7)
Czyli z Księża Małego na Kozanów.
Tak jak lubię, a więc przez centrum między autami. Piątkowy wieczór... jechało się więc bardzo przyjemnie. :)
Dziś pojechałem Trekiem.
Za mało mam powietrza w kółkach.

Na Legnickiej pozwoliłem sobie dziś na jazdę... trzypasmówką, bo się spieszyłem. :D
Szkoda, że miałem tam wiatr w pysk. ;)

Księże Małe -> Kozanów

Czwartek, 11 grudnia 2008 · Komentarze(9)
...czyli nowy standard. :)
Przed południem odprowadzić do pracy Jahoo.

Jazda na ukochanym Diamondzie, który jeszcze długo nie pójdzie w odstawkę. :)
Jest nowy, wspaniały Trek ale Młynarz nigdy nie rezygnuje ze starych przyjaciół na rzecz nowych. :)
Póki co Trek i Diamond żyją w zgodzie, mieszkają w jednym pomieszczeniu i chyba się polubili. ;)

Razem z Asiczką jechaliśmy przec centrum (Kamienna, Piłsudskiego, JPII, Legnicka). Fajnie się śmigało między autami.
Powrót podobnie, z tym że z zahaczeniem o Milenijny i tereny nadodrzańskie. :)
W drodze powrotnej były spore korki - ale to mnie nie dotyczyło. :D

Póki księżyc świeci

Sobota, 6 grudnia 2008 · Komentarze(27)
W końcu nadeszła długo oczekiwana sobota 6. grudnia. :)
Mikołajki i te sprawy, a co najważniejsze Mini Nocna Masakra, na którą wszyscy czekali od roku. :D
Poprzednia edycja, w której wziąłem udział razem z Błażejem dostarczyła wielu przyjemnych wspomnień. Dlatego też w tym roku nie mogło być inaczej. :D

Ale po kolei...

Dzień zaczął się wesoło.
Jeszcze przed wyjazdem na spotkanie z ekipą pokręciłem troszkę po mieście razem z Asiczką i wizytującym we Wrocławiu Kosmaczem. ;P
Dziewczyny miały do załatwienia sprawy na mieście.
Przy tej okazji udało nam się dorwać Matyska, który zrobił sobie czterogodzinne okienko na uczelni. :D
Spotkanie przy Galerii Dominikańskiej obfitowało w wiele śmiesznych scen z lodzikami w rolach głównych. A grudzień w pełni... ;P
Po kilku chwilach musieliśmy jednak zostawić mojego Przyjaciela i zasuwać na Kozanów, bo do Wrocławia dojeżdżał już Darek.

Po wspólnym obiedzie wyruszamy na spotkanie z naszymi towarzyszami doli i niedoli na MNM. ;)
16:00 – Most Oławski, na którym czekają już Michał, Błażej, Filip i Iskierka. :)
Czułe powitania... ;)
I jedziemy już razem. Przez Trestno i Blizanowice docieramy do Siechnic, gdzie przy sklepia delikatesowym robimy krótką przerwę na naradę.
Jedni kupują cukierki inni jeszcze jakieś produkty spożywcze, które w roku 2008 otrzymały Laur Konsumenta. :D
Jest fajnie ale telefon od Hose przypomina nam o tym, że jedziemy na Mini Nocną Masakrę.
Wbijamy się na 94-kę i po chwili pociąg o nazwie BIKEstats dociera do Groblic, gdzie czeka nasz przyjaciel ze Śląska.

Po kilku kilometrach docieramy do bazy rajdu, którą jest ośrodek Rybaczówka umiejscowiony przy jeziorku Dziewiczym w okolicach Kotowic.
Na miejscu jest już masa ludzi rządnych jazdy po leśnych ścieżkach pod osłoną nocy.
Jest i Marcin Drewniak, z klubu Artemis. To właśnie on jest głównym organizatorem tej doskonałej imprezy oraz wiosennej Fraszki, które z roku na rok przyciągają coraz więcej zwolenników orienteeringu.
Dokonujemy szybkiej rejestracji.
Spotykamy Kasię, która startuje pieszo na trasie... rowerowej. Tym razem niestety bez ślicznej Bagiry. :)
Jest to jedyna przedstawicielka ekipy BS startująca bez dwóch kółek.
Poznajemy też przyjaciół Hose, którzy czekali w bazie. Przesympatyczną Monikę, która znana jest na BS jako Zielona i napieratora Michała z Cyklotrampu. Razem z nimi będziemy mieli przyjemność pokonywać trasę.

Następuje odprawa.
Rozdanie map.
I wreszcie możemy zacząć działać! :)
Szybko zapoznajemy się z punktami naniesionymi na mapkę. W głowach powstają różne koncepcje. Niektóre z punktów wydają się banalne, bo są w miejscach dobrze mi znanych. Ale są też i punkty, do których dojazd wydaje się ciężki.
My postanawiamy zdobyć wszystkie, tak jak przystało na ekipę BS! :D

Pierwszy na ogień idzie PK 11 – umiejscowiony na szczycie górki jakieś 3 km od bazy.
Do punktu doprowadza nas Błażej. Trafiamy tam niemal bez problemu. Co prawda mylimy się nieznacznie dwa razy przy nawigacji ale błędy te są natychmiast wyłapywane i korygowane w locie. :)

Wszyscy są zachwyceni widokiem dziesiątek białych punktów w leśnej otchłani. Widok wszystkich lampek, które świecą u innych startujących jest niesamowity.
Za każdym razem gdy obracasz się za siebie i to widzisz, wiesz że było warto wyruszyć na trasę Nocnej Masakry choćby tylko dla tego widoku.

Po zaliczeniu jedenastki decydujemy się na zdobycie PK 14. Punkt znajduje się na „kazalnicy ku barkom czekającym na śluzowanie” – przy jazie w Ratowicach. Jest to jedyny punkt umiejscowiony po drugiej stronie Odry.
Dla nas jest on banalny, bo miejsce znamy doskonale. Zanim go zdobędziemy to odwiedzamy jeszcze nasz ulubiony sklep spożywczo-przemysłowo-monopolowy w Kotowicach. :D
Zdążyliśmy tuż przed fajrantem pani sprzedawczyni. :)
Po krótkiej przerwie gnamy na jaz i zgarniamy punkt. Przy okazji Michał robi nam pamiątkową fotę całej ekipy.

Teraz wracamy do rozwidlenia leśnych ścieżek koło Kotowic i jedziemy do Utraty gnając po brukowej drodze do... utraty tchu. ;)
W tej małej osadce znajdujemy PK 13 w miejscu gdzie są ślady przeprawy promowej przez Odrę. Tym oto sposobem jesteśmy zdobywcami trzech punktów – zostało jedynie osiem. :D

Kolejny na odstrzał idzie PK 12 na jazie Janowice. Docieramy do niego poruszając się wzdłuż Odry.
O ile jest łatwy nawigacyjnie to tego samego nie można powiedzieć o dojeździe.
Najpierw ślizgamy się na mokrej kostce brukowej, która pamięta chyba jeszcze czasy Bolesława Chrobrego, potem driftujemy na rozmokłej drodze gruntowej o gliniastej nawierzchni.
Dzięki temu jest bardzo wesoło, bo co chwilę ktoś wypada z trasy. :D
Niektórzy, tak jak Filip, mają sporo szczęścia i zamiast zaliczać gleby podpierają się (jak to zauważył Błażej) głową. hehe
Fajnie się jedzie do tego punktu. Humory nie opuszczają nas nawet w momencie, gdy wyprowadzam ekipę na krzaczory i musimy wracać do ścieżki.
W końcu punkt pada naszym łupem.

W kolejce czeka PK 10 usytuowany przy „ambonie” w lasku – ponoć piękny widok na Siechnice. :D
Chcemy to sprawdzić, jednak nim to nastąpi czeka nas kilka kilometrów ślizgania się po błocie.
Do tego czasu u mnie obyło się bez glebek, co niektórych dziwiło, bo w końcu zaledwie od 3 dni byłem szczęśliwym posiadaczem SPD... :D
No cóż, każda passa, ma swój koniec. W końcu nadszedł moment, w którym Młynarz wyleciał za burtę z wpiętym butem w pedał. :)
Gdybym wiedział, że to wszystkim przysporzy tyle radości to wywróciłbym się wcześniej. :)
Postanowiłem, że już dzisiaj więcej gleb nie będzie. Jedziemy dalej. Po kilometrze mam kolejne dachowanie. :D
Na szczęście chwilę później Darek złapał kapcia i mogłem ochłonąć podczas przerwy na zmianę dętki. ;)
Okazało się, że przerwa cieszy wszystkich, bo można sobie zjeść, pogadać, popstrykać foty i trzasnąć Żywczyka. A nie codziennie ma się okazję wypić piwko w środku lasu nocą. :)
Podczas przerwy spotkaliśmy też sympatycznego kolegę. Numeru startowego jednak nie pamiętam, bo... numerów nie było. :)
Pomagamy koledze oswobodzić się od „dziadów”, którymi był oblepiony a także dokonujemy wymiany trzech łyków piwa na dwie suszone morele.
W końcu Darek naprawił kółko i możemy jechać dalej.
Znajdujemy lasek, znajdujemy kilka desek i trzy patyki – to chyba ambona, bo obok tego jest PK 10. :D
Nie wiemy jak wyjechać z lasu, bo zgubiliśmy dróżkę. Bierzemy z bara kilka krzaków i wyskakujemy w polu buraków. Jakoś doczłapaliśmy się do drogi. :)

Zostaje nam 6 punktów do zdobycia. Wiem, że się uda bo punkty nie wyglądają na trudne, a lokalizacje czterech z nich są mi znane. :)
Pierwszy naszą ofiarą pada PK 15 przy stalowym mostku na łowiskach obok Siechnic.
Mieliśmy problem ze zlokalizowaniem ścieżki do niego prowadzącej. Na szczęście udało się szybko do niego dotrzeć.

Wyjeżdżamy z lasu na asflat i gnamy na zaporę zalewową blisko Siechnic.
To jest to samo miejsce, w którym często z Krzychem urządzamy sobie konkurs w kopaniu puszką od Piasta w dal. :D
Byliśmy tam przedwczoraj razem z Asiczką, by odwiedzić naszego Czesiulka. :)
Właśnie kilka centymetrów od Czesia wisiał sobie perforator od PK 16. :)
Zanim opuściliśmy to fajne miejsce to... udało mi się zaliczyć spektakularną glebę.
Poślizg na błocie, noga zostaje wpięta w pedał i piękny lot! Niestety lądowanie bez telemarku i mogłem jedynie poszerzyć nieco barkiem błotną kałużę. :D
Zazdroszczę widoku jaki mieli jadący za mną. :)

Doczłapałem się do asflatu, gdzie czekała reszta niestrudzonych jeźdzców.

Razem odwiedzamy okolice Blizanowic. Obok, których zgarniamy PK 17. Jest on w dość ciekawym miejscu, bo można tam zaobserwować ślady po bobrach, czyli trochę obgryzionych drzew. :)
Powrót do szosy okazuje się trochę ciężki, bo wszyscy taplają się w błocie. Na szczęście udało nam się pokonać tą błotną apokalipsę i ruszamy w stronę Trestna...
Hmm... kogoś brakuje. Czyżby jednak ktoś padł ofiarą błotnego pola?! :D
Dzwoni telefon. Cały team czeka w Trestnie na przystanku.
W słuchawce głos Krzysztofa:
„Młynarz!
Zakopałem się w błocie.
Nie mogę wyjechać.
Mam całe błotniki zapchane ziemią.
Rower nie chce jechać” hehe
Chcieliśmy ściągnąć jakiegoś rolnika z ciągnikiem żeby wyciągnął naszego Krzysia z tego błota ale na szczęście okazało się to zbędne. ;)
Mija parę minutek i już w komplecie zdobywamy PK 18 czyli odwiedzamy punkt pomiaru stanu wody na Odrze – to ten sam słynny punkt, który miał takie ogromne znaczenie podczas „Powodzi Tysiąclecia” w 1997 roku...

Niemal po kilku minutach zgarniamy PK 19 przy ścieżce wałowej za Trestnem. Tym samym został nam ostatni PK do zaliczenia.
Był on na mostku położonym 500 metrów od miejsca gdzie mieszkamy razem z Krzychem. :)
Także banał ale też i ciekawostka dla tych co jeszcze tam nie byli nigdy. Bo mostek liczy sobie 1000 metrów długości...
OK. PK 20 zgarnięty – mamy komplet!
Chwilę zastanawiamy się czy do bazy wracać okrężną drogą asfaltem, czy może jeszcze mało nam terenu na dziś... :)
Wybieramy teren.
I tak o oto przez Mokry Dwór, Trestno, Blizanowice – polami i lasami docieramy do bazy.
Na tym ostatnim odcinku łapię kapciocha – na szczęście udało się dojechać dopompowując kilka razy kółko. (w tym miejscu wielkie podziękowania dla Michała za pożyczenie wypasionej pompki) :)
Niektórzy są już zmęczeni ale drużyna to drużyna! Razem startujemy, razem kończymy. :)
Wszyscy uśmiechnięci oddajemy w bazie nasze karty kontrolne.

Siadamy przy stoliczku i posilamy się pysznym bigosem. Jemy ciasto, które z domu wzięła Asiczka.
Kosma jak zwykle stawia na stół kilka puszek Żywca. ;)
Krzysio rzuca tekstami, które wszystkich doprowadzają do śmiechu.
Chciałoby się tak siedzieć bez końca ale czeka nas jeszcze powrót na rowerach do Wrocławia.
Filip pożycza mi dętkę dzięki czemu doprowadzam Treka do stanu używalności. Moja wdzięczność nie zna granic. :)
Zaraz po tym okazuje się, że nie jestem jedynym posiadaczem kapciocha. :D
Michał również może się pochwalić brakiem powietrza w oponie – szacuneczek! :)
Zapewne chciał żeby było mi raźniej i wyjął zaworek z wentylka. ;P

Nastał czas pożegnań. Dziękujemy Marcinowi i reszcie ekipy organizującej rajd za świetną zabawę.
Wsiadamy na rowery i ciśniemy w stronę Wrocławia.
Przy wyjeździe z Kotowic Hose zjeżdża na pobocze. On niestety nie pojedzie już dalej tej nocy. Nawalił mu wentyl i nie powietrza w kole.
Nikt nie może go poratować, bo potrzebuje prestę – wszyscy jeżdżą na czym innym.
Na szczęście akurat autem jedzie wracający z bazy Marcin Drewniak i proponuje, że podwiezie do Wrocka naszego kolegę.
Bardzo dziękujemy za pomoc!

Nie wszyscy mają siły na powrót. Ale wszyscy chcą spać. :)
Dlatego dzielimy się na dwie grupki – szybszą i wolniejszą i tak też docieramy do naszego miasta.

Kolejny wspólny wypad zakończył się.
Mogę powiedzieć tylko, że było świetnie.
Przednia zabawa w doborowym towarzystwie – to jest to czego nigdy nie ma za wiele. :)
Cieszy to, że na rajd przyjechała Monika z Dąbrowy Górniczej, Darek z Zabrza i Hose z Mysłowic.

Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę!
Do następnego!
Oby nie mniej udanego razu. :)

EKIPA BIKESTATS.PL NA MINI NOCNEJ MASAKRZE 2008


BURZA MUZGUF - WYBÓR TRASY :D


NA TRASIE


BIKEstats.pl – TO MY!


NIEPOWTARZALNY KLIMAT, ŚWIETNE TOWARZYSTWO = UDANA ZABAWA

Kosma dojechała

Piątek, 5 grudnia 2008 · Komentarze(10)
Wieczorkiem po Piaściku z Krzychem pognałem na Kozanów do Jahoo.
Jechałem przez centrum i jak zawsze przyjemność z wyprzedzania aut była nieprzeciętna. :D

Przed godziną 22 razem z Asiczką pędem na PKP, by odebrać Kosmatkę, która przyjechała pociągiem z Katowic.
Czułe powitania i powrót do pedałowania. :)
Piłsudskiego, Legnicka, jeszcze single track Asicy i jesteśmy na miejscu. :D

W tej chwili ja sobie dodaję opis, a dziewczyny poszły po piwo. :D

Zaraz będziemy obmyślać szatańską strategię na jutrzejszą Mini Nocną Masakrę. :D
Zapowiada się przednia impreza.
Najlepsze jest to, że będzie sporo osób z BS. :)
Rok temu startował tylko Błażej i ja.
Teraz na starcie stawią się:
Asica
Kosma
Kasia
Błażej
WrocNam
Djk71
Galen
Hose
Iskierka
ja

Razem 10 osób, czyli będzie cool. :D
Najbardziej cieszy przyjazd Kosmy, Darka i Hose.
Jutro ogień! ;)