Siczka

Sobota, 26 lipca 2008 · Komentarze(13)


Nadszedł wreszcie dzień długo oczekiwanego wyjazdu w Bieszczady.
Umówiliśmy się tam ekipą. Data nie była przypadkowa.
26. lipca... w tym dniu miał się odbyć koncert z okazji XXX-lecia KSU!
Miał... bo się nie odbył. :/
Zagrożenie powodziowe spowodowało, że władze miasta Ustrzyki zostały zmuszone do odwołania wszystkich imprez...
Szkoda ale... nie do końca, bo i tak było świetnie!

Rano razem z Kosmą wyruszamy rano z Dąbrowy Górniczej. Jedziemy autkiem i z każdym kilometrem jesteśmy coraz bliżej Bieszczad – gór w które jadę po raz pierwszy w życiu, gór które mnie strasznie zafascynowały, które chcę poznać. Czekają tam na nas wspaniali ludzie. ;P

W końcu dojechaliśmy. Łatwo nie było, bo kilka razy po drodze złapała nas sztormowa burza. :D
Świata nie było widać. Szkoda nam było Asicy, która w tym czasie pociskała na rowerze i Damiana jadącego również na rowerze. :D
Biedni Ci rowerzyści. hehe

Dojechawszy (piękne słowo!) na miejscu czekali już na nas: Sabinka, Agnieszka, Anetka, Dzidzia, Wspaniały DAREK - jeden z najlepszych bikerów z jakim miałem do tej pory okazję jeździć, po prostu cud chłopak!!! :D, Wiku, Igorek oraz Nuka! :)
Kilka chwil później ze swojej trasy wrócił Damian (przy pomocy Sabinki). Wielki szacunek dla tego kolesia... Zrobił 200 kilometrów po górach w czasie burz, deszczy i wiatrów...
Damian kolejny raz pokazał, że ma charakter. :)

Wszyscy udaliśmy się do nasze kwatery, by coś zjeść i poczekać na Asicę, która dojeżdżała do nas rowerem (gdzieś ją po drodze z Kosmą wyprzedzaliśmy ale musiała być mało widoczna w tym deszczu, bo jej nie zauważyliśmy hehe). :D

Gdy już wszyscy byli w komplecie postanowiliśmy pojechać do Parku pod Dębami, gdzie miał się odbyć koncert. Chcieliśmy troszkę pobyć w tamtym miejscu i sprawdzić, czy aby przypadkiem nic na mieście nie ma w zastępstwie koncertu. Niestety raczej nie było żadnych atrakcji... do czasu! :D
Co się stało?! :)

Spotkaliśmy Siczkę! To było coś!
Akurat gdy staliśmy pod sklepem podjechał Siczka – lider KSU, od 30 lat z zespołem, na dobre i na złe! Człowiek legenda. Osoba, która mnie bardzo zaintrygowała ostatnimi czasy. Ikona polskiego punk rocka. Taki... mały wielki człowiek!
SICZKA! :)
Zauważył go Darek. Na początku myślałem, że mnie wkręca ale za chwilę widzę wysiadającego z busa Siczkę, który idzie w naszym kierunku! To było coś! :)
Fajnie, że go spotkaliśmy, że udało się z nim pogadać, przybić piątkę i się pośmiać. To dla mnie było większe przeżycie niż gdybym miał być na jego koncercie. :D
Siczka spoko ziomek, wpadł do sklepu po Łeżajski... :D
Nadaje na tych samych falach co my. hehe
Trochę też pogadaliśmy z Dziarem – perkusistą.
Było bardzo sympatycznie! :)
A jeszcze bardziej sympatycznie było wieczorem i w nocy i w sumie rano też :D na kwaterze! hehe
Działo się działo! :)

Dzięki wszystkim!

p.s.
Zapomniałem dodać, że w międzyczasie jechaliśmy w potwornej ulewie, która nas zaatakowałA, gdy byliśmy w parku. :)
Jedni się chowali pod drzewami, a inni (Darek, Wiku i ja) śmigali w najlepsze po Ustrzykach, gdy ulice zamieniły się potoki! :D
Wesoło było.

SICZKA – MAŁY WIELKI CZŁOWIEK


NIE BYŁO KONCERTU WIĘC SAMI DALIŚMY CZADU!
LIDER GRUPY „THE PUNKERS” – KORSO! :D



NASI FANI


ZACZĘŁO KROPIĆ :D


”BIESIADA”


DAREK TO MA BRANIE!


A TA DZIEWOJA MA PIĘKNE OCZY! :D


GENERALNIE TO COŚ MI SIĘ OBRAZ ROZMAZAŁ ;P


*wszystkie fotki dzięki uprzejmości Moniki i Darka

300 kilometrów razem z Kosmą w jej urodziny

Czwartek, 24 lipca 2008 · Komentarze(8)
24. lipca to urodziny mojej Mamy i to właśnie jej dedykuję dzisiejszą trasę – każdy jej kilometr! :)

24. lipca to również urodziny Kosmy i to właśnie z nią zrobiłem dzisiejszą trasę – każdy jej kilometr! :D

Pamiętam dzień, w którym Kosma zagościła na BS. :D
Nie myślałem wtedy, że za kilkanaście miesięcy z tą niepozorną dziewczynką przejadę dystans dzienny wynoszący ponad 300 km. :)
A jednak tak się stało!
Skąd w ogóle pomysł na 300 km?! Ano pomysł był Moniczki, która w swoje osiemnaste urodzinki chciała zrobić coś wielkiego. I wiecie co?! Zrobiła to! Jestem z niej dumny!

Dobrze. Coś tam trzeba by napisać na temat trasy. :D
Dnia poprzedniego, późnym wieczorem wsiedliśmy z Moniką w pociąg i ruszyliśmy do Warszawy. Wybraliśmy Warszawę ponieważ wiał północny wiatr, a zależało nam na tym by trasa była poprowadzona tak, że wiatr na jej przebiegu wieje nam w plecy. :)
Po prostu chcieliśmy zwiększyć swoje szanse na powodzenie. ;)

Mieliśmy zamiar przespać się w pociągu, by troszkę odpocząć. Tak się jednak nie stało, gdyż niemal całą drogę przegadaliśmy z chłopakami, którzy również jechali z nami w wagonie z rowerami. Jeden zaczynał swą wyprawę, a drugi kończył... :)
Widać bikerów jest pełno na tym świecie! :D

W Warszawie zawitaliśmy koło 3 w nocy. Nie tracąc czasu pojechaliśmy na Stare Miasto, by poczuć troszkę warszawski klimacik. ;)
Następnie skierowaliśmy się w stronę Piaseczna, by opuścić miasto.
I dalej jechaliśmy ciągle na południe w stronę Dąbrowy Górniczej. :)

Co jakiś czas robiliśmy postoje, by coś zjeść, dać odpocząć mięśniom i generalnie czerpać z pokonywania trasy przyjemność. :)
Przyjemności też nie zakłócił nam nawet padający przez około 150 kilometrów deszcz. :D
Po prostu było fajnie. Wiatr nam pomagał ale przeszkadzało za to zmęczenie wynikające z nieprzespanej nocy. Podpieraliśmy się napojami energetyzującymi wśród których prym wiódł kultowy Tiger! :D

W połowie trasy zrobiliśmy sobie porządniejszą przerwę. Było to w miejscowości Końskie.
Odwiedziliśmy tam lokalną pizzerię, by odpocząć, zjeść ciepły posiłek i wypić zimne piwko. :)
Przy okazji poznaliśmy fajnego gościa z obsługi, który okazał się również bikerem. Downhill to jest jego pasja, dużo o tym pogadaliśmy. Czas miło leciał ale trzeba było w końcu się ruszyć, bo zostało nam ponad 150 km do pokonania jeszcze. :D

Następne 100 km minęło bardzo przyjemnie! Nie padało, świeciło słoneczko. Po prostu miodzio! Na tym etapie cudnym pomysłem Moniki było zatrzymanie się we Włoszczowej (to ta od dworca PKP :D ), by na tamtejszym ryneczku zakupić pyszne lody! Bardzo smakowały. :)
Monia jednak zna się na rzeczy. hehe

Gdy mieliśmy 240 km na liczikach znaleźliśmy się w okolicach Koniecpola, a konkretnie w Ulesiu. Tam odwiedziliśmy rodzinę Moniki. Posiedzieliśmy troszkę, zjedliśmy kolację i pośmialiśmy się. Dla mnie najfajniejsze w tych odwiedzinach było to, że mogłem poznać kolejną damę z BikeStats, która jeździ na rowerze!
A któż to był?! :D
Ania! Która okazała się bardzo sympatyczną osóbką – chyba ma to po cioci. :D

Skończył się odpoczynek. Nastał czas na pożegnanie z rodziną Moni i ruszamy dalej.
Szybko okazało się, że nastał czas również na co innego...
Mój organizm się zbuntował. Przestały działaś wszelkie Tigery i inne wynalazki, które w siebie wlałem...
Może i nogi chciały jechać ale serducho i cała reszta nie pozwalały.
Po prostu byłem bliski zasłabnięcia. Gdy przestawałem pedałować i zatrzymywaliśmy się na postoju to kręciło mi się w głowie. Było to dla mnie dramatyczne, bo bałem się że z mojego powodu Monika może nie przejechać tych 300 kilometrów...
Wiedziałem, że się będę starał ale organizmu nie da się oszukać. Każdy kilometr był wyzwaniem a zostało ich jeszcze... osiemdziesiąt...
Obawiałem się najgorszego. :/
Wyszło zmęczenie z ostatnich dni...
Nieprzespana noc... byłem świeżo po wyprawie na Bornholm i co najważniejsze organizm na pewno nie zapomniał o tym w jaki sposób tą wyprawę zakończyłem. :D
Zbuntował się...

To sprawiło, że ostatnie kilometry pokonywało nam się ciężko... dookoła lasy i ciemność. Monika czuła się dobrze ale ja byłem pełen obaw o to czy podołam, czy wytrzymam. Na szczęście nigdzie po drodze nie poległem. :)

Wyjazd zakończyliśmy w pięknym stylu!
Gdy na licznikach pojawiło się 300 km... uśmiechnęliśmy się. Musiała pojawić się radość!
Po jakichś kilku minutach odezwało się niebo! hehe
Pewnie dało znać osobie, by pokazać że też się cieszy razem z nami, coś tam nawet pobłyskało (prawie jak fajerwerki)...
A za chwilę niebo popłakało się z radości! No mówię... płakało jak bóbr! :D
Pioruny gdzieś tam w oddali waliły, a nas znosiły z drogi sztormowe fale.
Wreszcie dopłynęliśmy na Mydlice. :)

Choć były na trasie momenty groźne to... PIĘKNIE BYŁO! :D

p.s.
Dzięki Monia! :)


TRASA:
Warszawa -> Piaseczno -> Jazgarzew -> Wólka Pęcherska -> Bogatki -> Łoś -> Zawodne -> Prażmów -> Lesznowola -> Zakrzewska Wola -> Mieczysławówka -> Kobylin -> Grójec -> Belsk Duży -> Łęczeszyce -> Kozietuły -> Górki-Izabelin -> Mogielnica -> Cegielnia -> Brzostowiec -> Nowe Miasto nad Pilicą -> Żdżarki -> Odrzywół -> Żardki -> Drzewica -> Brzustowiec -> Snarki ->Rozwady -> Kotfin -> Gościniec -> Kamienna Wola -> Korytków -> Gowarczów -> Kornica -> Końskie -> Wincentów -> Gatniki -> Sielpia Wielka -> Plenna -> Radoska -> Kapałów -> Mularzów -> Jóźwików -> Sarbice Pierwsze -> Łopuszno -> Jedle -> Mieczyn -> Jakubów -> Krasocin -> Sułków -> Belina -> Włoszczowa -> Kuzki -> Czarnca -> Secemin -> Brzozowa -> Koniecpol -> Stary Koniecpol -> Luborcza -> Ulesie -> Olbrachcice -> Święta Anna -> Aleksandrówka -> Przyrów -> Julianka -> Ponik -> Złoty Potok -> Żarki -> Myszków -> Leśniaki -> Czekanka -> Siewierz...
Dąbrowa Górnicza/Ujejsce – Gołonów –Mydlice


POD CHATĄ kARTOFLA


ZAMEK KRÓLEWSKI – WARSZAWA


STARTUJEMY...


KOSMA NIKOMU NIE ODPUSZCZA! ;)


UFF... JUŻ TYLKO ZOSTAŁO 200 KILOMETRÓW :D

BORNHOLM 2008 - Dzień 9.

Poniedziałek, 21 lipca 2008 · Komentarze(53)
POWRÓT DO DOMU, KONIEC PRZYGODY ZWIEŃCZONY NOWYM REKORDEM

Poprzedni dzień

Dzień ostatni naszego wyjazdu.
Budzę się koło szóstej rano. Na szczęście nie pada ale jest zimno. Budzę Matyska.
Nie chce nam się jechać ale trzeba. Szybkie hasło: wstajemy! I już po spaniu.
Jemy jakieś marne śniadanko składające się z kabanosów i resztek chleba.
Mój bidon świeci pustkami... :/
No cóż, za dwie godziny powinni otwierać sklepy, wtedy się napiję.
Teraz ruszamy, bo nie ma czasu na leniuchowanie...
Na początku mylimy kierunek i niepotrzebnie robimy 5 km – niezły start!
W końcu jedziemy już dobrą drogą do Locknitz. Jest zimno, kurtka mokra od wczorajszego deszczu, niska temperatura i wiatr robią swoje – cały się trzęsę.
Marzę o spotkaniu jakiegoś marketu, by kupić sobie rogaliczki „7 days” z nadzieniem czekoladowym... kupić coś do picia... zjeść i odzyskać siły!
Niestety nic takiego się nie dzieje, a na liczniku przybywa kilometrów... 30 km, 40, 50 i nic... :/
Padam. W końcu w jakiejś miejscowości udaje mi się kupić wodę mineralną i Fantę – już jest lepiej ale wciąż jestem głodny...

Matys daje radę o wiele lepiej ode mnie – jest mocny.
W mojej głowie pojawia się zwątpienie. Zaczynam myśleć, w której miejscowości wjechać do Polski i wrócić pociągiem do domu.
Zaczynam mieć wątpliwości, czy ten powrót na rowerach w ogóle ma sens?!
Przecież co chwilę pada przelotny deszcz, przecież jedziemy pod silny wiatr, który na otwartej przestrzeni spowalnia mnie często do 15 km/h, przecież jest zimno i co najważniejsze... 300 kilometrów!
Czy to możliwe w taką pogodę?!
Z sakwami...
Po tylu kilometrach w poprzednich dniach i niezbyt dobrej nocy spędzonej na ławce w wiejskiej altance?!
Nie wiem...
A im mocniej wiało tym bardziej miałem dość. Zakładam długie spodnie, bo robi się coraz zimniej i mokro. :/
Ludzie jadący z naprzeciwka nas pozdrawiają. Zazdroszczę im, bo jadą z silnym wiatrem w plecy, a my się męczymy, zwłaszcza ja.
W pewnym momencie dzielę się z Matysem swymi wątpliwościami. On chce za wszelką cenę wrócić. Skoro tak to ja też muszę, nie zniosę myśli, że przeze mnie wrócimy pociągiem, a już na pewno nie dopuszczę do sytuacji, gdzie mielibyśmy wracać osobno.
Niestety w tym momencie pojawiły się nerwy. Niepotrzebnie.
Pierwszy raz na wyjeździe mamy „ciche kilometry”. Chyba przez 40 kilometrów jedziemy nie rozmawiając, a pogoda robi z nami co chce...
W końcu, gdy na licznikach jest już prawie 120 km zatrzymujemy się na jedzenie.
Siedzimy na ławce.
Myślę sobie: „Piotrek, przecież to twój przyjaciel, są nerwy, jest ciężko, bądź twardy, ludzie w takich sytuacjach różnie reagują, mówią różne głupie rzeczy, odpuść, po prostu jedź...”
Chyba pomogło. Powoli wszystko wraca do normy.

Po tym posiłku podążamy dalej przed siebie. Kilometrów przybywa ale ciągle jesteśmy strasznie daleko od domu...
Czasami zatrzymujemy się, by 5 minutek poleżeć na wale przeciwpowodziowym i dać sobie odpocząć.
Wiemy jednak, że najbardziej potrzebujemy porządnego posiłku, by uzupełnić braki energii.
Mamy już dość batoników musli. :D
Gdy dotarliśmy do Kustrin-Kietz byliśmy na wysokości polskiego Kostrzyna. Długo nie myślimy i przejeżdżamy przez granicę, by w barze zjeść porządny obiad.
Miła pani serwuje nam super posiłki. Schaboszczak, frytki, suróweczki... To nam bardzo pomaga.
Wracamy na niemiecką stronę i dalej jedziemy ścieżką rowerową w stronę Frankfurtu nad Odrą.
Ten odcinek bardzo nam się dłuży ale wreszcie docieramy do tego miasta. Jest tam troszkę podjazdów do pokonania, które zaczynają dawać się Matyskowi we znaki. Ja na tym etapie czuję się o niebo lepiej niż jeszcze 50 kilometrów wcześniej.
Ku naszej radości znajdujemy otwarty market.
Wreszcie! Wreszcie kupiłem sobie te pieprzone rogaliki z nadzieniem czekoladowym, o których marzyłem przez ostatnie 220 kilometry! :D
Kupujemy jeszcze picie. Chwilka na odpoczynek i postanawiamy, że nie będziemy jechać dalej niemiecką stroną do Gubena, gdzie mieliśmy przekraczać granicę. Zamiast tego wjeżdżamy do Polski już w tym miejscu i tak znajdujemy się w Słubicach.
Drogę stąd znam doskonale i wiedziałem, że zostało nam równo 90 kilometrów. Jest jednak późno, bo po dziesiątej i robi się ciemno. Wiemy już, że wrócimy do domów koło drugiej, może trzeciej w nocy.
Mimo to postanawiamy jechać dalej rowerami, a trzeba napisać, że tego dnia dziesiątki razy byliśmy kuszeni przez naszych rodziców tym, że przyjadą po nas autem...

Ok. Na stacji JET szybka kiełbaska i trzeba brać się do roboty. Pedałujemy.
Po jakichś 15 kilometrach i kilku podjazdach Matys prosi o chwilkę odpoczynku. Analizuje sytuację i stwierdza, że jednak wróci autem. Szkoda mi go, bo przez cały dystans czuł się świetnie, a od kilkunastu kilometrów borykał się z kryzysem.
Matys dzwoni po ojca. Zastanawiam się co robić ale szybko decyduję się, że już w tym momencie nie odpuszczę i wrócę na rowerze do Jasienia.

Leżymy sobie, gdzieś w przydrożnym rowie, dyskutujemy o naszym wyjeździe, jest fajnie. Wiemy, że za chwilę nie będziemy już jechać razem, że wspólna przygoda dobiegnie końca.
Strasznie jesteśmy zadowoleni z tego wyjazdu. Mamy świadomość tego, że wspólnie spełniliśmy jedno ze swych marzeń!

Matysek mimo zmęczenia pomaga mi jeszcze trochę na trasie.
W końcu na 265 kilometrze spotykamy jego ojca. Pakujemy jego rower do auta. Dyskutujemy i nadchodzi czas na rozstanie. Ja wrzucam do ich auta sakwy i dalej jadę bez nich (co za ulga :D) a Matysek jedzie do domu, by się wyspać przed kolejnym dniem, bo w południe ma się stawić w pracy.

Samemu jedzie się całkiem inaczej. Przede wszystkim ciężkie są odcinki leśne, gdzie jest bardzo ciemno i co chwilę dochodzą do mnie jakieś szelesty i inne hałasy z lasu, a wyobraźnia działa...
Jadę przed siebie i mam jedną myśl w głowie... UDA SIĘ! :D
Dojeżdżam do Krosna Odrzańskiego – stąd już tylko 45 km do domu.
Potem Dychów, Bobrowice i dystans dzielący mnie od domu wciąż topnieje.
Gdy wybija na liczniku 300 kilometrów na moich ustach pojawia się uśmiech. Jestem szczęśliwy tak bardzo, że wydaje mi się, iż nie czuję zmęczenia! (szok!).
Przemierzam już oświetlone Lubsko i Budziechów... wpadam do Jasienia!
Jestem w swoim rodzinnym miasteczku!
Jestem w domu!
Jestem!!! :D




TRASA:
D/ Plöwen -> Locknitz -> Sonnenberg -> Krackow -> Wollin -> Penkun -> Schonfeld -> Gartz -> Friedrichsthal -> Gatow -> Schwedt -> Stolpe -> Lunow -> Hohensaaten -> Hohenwutzen -> Gross Neundorf -> Kienitz -> Genschmar -> Kustrin-Kietz -> PL/Kostrzyn -> D/Kustrin-Kietz -> Lebus -> Frankfurt (Oder) -> PL/Słubice -> Urad -> Cybinka -> Drzeniów -> Gęstowice -> Korczyców -> Radomicko -> Osiecznica -> Marcinowice -> Krosno Odrzańskie -> Dychów -> Bobrowice -> Strużka -> Gozdno -> Górzyn -> Lubsko -> Budziechów -> JASIEŃ :D

”NASZA” ALTANKA – CIĘŻKI PORANEK


ZIMNO, MOKRO, WIETRZNIE... SETKI MYŚLI W GŁOWIE


CIĄGLE WZDŁUŻ GRANICY...


CIĄGLE DO PRZODU!


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>PODSUMOWANIE CAŁEGO WYJAZDU>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Razem z Matysem pokonaliśmy 1185 kilometrów w ciągu 9 dni.
Na samym Bornholmie spędziliśmy 3 dni.
Poruszaliśmy się po terenie 4 państwa (Polska, Dania, Niemcy, Szwecja).
Podróżowaliśmy też pociągami... (Żary->Świnoujście, Kopenhaga->Malmo)
Również statkiem... (Kołobrzeg->Nexo)
A także promami (Ronne->Koge, Trelleborg->Sassnitz i w Świnoujściu)
Niektórzy coś tam próbowali śmigać motorówką... :D
i nawet traktorem... ;P
o pojazdach wojskowych nie wspominam. ;)

Generalnie... BYŁO PIĘKNIE!
Za ten wyjazd dziękuje serdecznie Matyskowi! Mojemu Przyjacielowi!

Przez te kilka dnia zobaczyliśmy kawałek świata. Odwiedziliśmy dziesiątki cudownych miejsc, z których najbardziej utkwi nam w pamięci Jons Kapel.
Spotkaliśmy na swojej drodze dużo przyjaznych ludzi – w każdym kraju.

Dla mnie ten wyjazd był bardzo ważny. Odpocząłem. Zrealizowałem jedno z marzeń.
Ten wyjazd pomógł mi też zrozumieć jedną rzecz nad którą długo się głowiłem. :)

Bornholm 2008 – ta wyprawa dała mi dużo!
Te 9 dni było genialne! Cudowne. Wspaniałe!
To była wolność!
I tego obrazu nie zamaże już nic. :)

Pamiętajcie! :D
Bierzcie z życia to co jest najlepsze...

BORNHOLM 2008 - Dzień 8.

Niedziela, 20 lipca 2008 · Komentarze(6)
OD DESZCZU DO DESZCZU - JAK WRÓCIĆ DO DOMU?!

Poprzedni dzień --- Następny dzień


Wczesna pobudka, bo plan mamy ambitny...
Dziś trzeba zrobić co najmniej 200 km, a najlepiej z 220...
Inaczej nie uda nam się wrócić na rowerach do domu w poniedziałek dnia następnego.
Takie myśli chodziły mi ciągle po głowie, gdy rano otworzyłem oczy.
Nie pada... a więc jest dobrze.
Zasypiam. :D
No i niestety z wczesnej pobudki niewiele zostało. hehe
Ostatecznie miejsce naszego postoju opuszczamy koło godziny jedenastej. Zanim złożyliśmy namiot musieliśmy pozbyć się wszystkich przebrzydłych, obślizgłych ślimaków, które w nocy podeszły do namiotu, a niektóre zaatakowały moje buty. :D
Dobra, daliśmy radę i wyjeżdżamy.

Początek był ciężki, bo co chwilę padało, na szczęście po dziesięciu kilometrach deszcze ustały i jechaliśmy czasem w niezłym słońcu.
Najpierw docieramy do miasteczka Greifswald. Potem zaczyna się problem na jakie miejscowości mamy jechać, gdyż jedyna mapka jaką posiadamy to wydruk komputerowy – niestety wczorajszego wieczoru podczas burzy większość mapki uległa zniszczeniu, gdyż atrament z drukarki poddał się kroplom deszczu.
Kombinowaliśmy z Matysem bardzo ale wciąż udawało nam się jechać dobrą trasą, czasem pojawiały się problemy z omijaniem dróg ekspresowych ale szło nam nieźle.
Dotarliśmy do Anklam, skąd kierujemy się na Sarnow i dalej uroczą drogą w stronę miejscowości Rathebur, tam już wiemy jak jechać i docieramy po kilkunastu kilometrach do Uecermunde, które leży bardzo blisko naszego Zalewu Szczecińskiego.
Robimy sobie przerwę na piwko i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego dnia. Wydaje się, że nic nie może nam stanąć na przeszkodzie i dobijemy do 200 km.

Z Uecermunde jedziemy w stronę granicy polsko-niemieckiej, by wpaść tam na niemiecki szlak rowerowy Oder-Neiße-Radweg, którym mieliśmy pokonać niemal cały pozostały nam dystans dzielący nas od domów.
W końcu jesteśmy na ścieżce rowerowej, jedziemy lasem, jedziemy polami, czasem przejeżdżamy przez małe wioseczki i jest bardzo przyjemnie.
W jednej z wioseczek, a konkretnie w Blankensee, robimy sobie postój na kolację. Dzownimy też do domów zdać relację z naszych postępów. :D
Pamiętam jak dziś, kiedy rozmawiając ze swą mamą powiedziałem jej: „jeszcze ze dwie godzinki jazdy i będą dwie stówki, wtedy idziemy spać, bo jutro trzeba wcześnie wyruszyć. Deszcz?! Jest piękne niebo, wątpię by dziś z niego spadła kropla deszczu”... :D

No cóż... myliłem się! hehe
Ujechaliśmy może 2 kilometry i zaczęło padać, nie zatrzymywaliśmy się jednak. W końcu deszczyk zamienił się w dość niezłą ulewę. Dojechaliśmy do miejscowości Plöwen i tam wpadliśmy do takiej altanki wypoczynkowej, która była ustawiona na środku wioseczki.
Postanawiamy, że tutaj przeczekamy deszcz...
Mija 5, 10, 20 minut i pada dalej... :/
Jest już grubo po 22-ej.
Jeśli nie dokręcimy do 200 km to jutro będziemy mieć problem z powrotem do domu. W maju daliśmy radę wrócić do domów z Pragi w jeden dzień ale wtedy to było 250 kilometrów, a jutro... może wyjść ponad 300! Czyste szaleństwo.
Postanawiamy zdrzemnąć się na pół godzinki i potem jechać dalej. Po drzemce... dalej pada. Jeszcze jedna drzemka, i kolejna...
Robi się północ.
Odpuszczamy i kładziemy się spać w tym miejscu.
Zapadamy w błogi sen przy akompaniamencie uderzających o dach altanki kropel deszczu...


TRASA:
D/Reinberg -> Kowall -> Greifswald -> Karlsburg -> Anklam -> Sarnow -> Lowitz -> Rathebur -> Heinrichshod -> Uecermunde -> Rieth -> Hintersee -> Blankensee -> Plöwen

NASZA MAPKA ULEGŁA ZNISZCZENIU :D


GREIFSWALD


WIATRAK – JEDEN Z SETEK JAKIE MIJALIŚMY PODCZAS PODRÓŻY


CHATKA MUMINKA?! :D


MATTI NA NIEMIECKICH DROGACH


MŁYNARZ NA NIEMIECKIM SIANIE ;P


A TU RELAKS PRZY KROMBACHERKU, CAŁKIEM NIEZŁY, ALE BECKS LEPSZY ;)
I TAK OBA TE BROWARY MOGĄ MARZYĆ O TAKIEJ KLASIE JAKĄ MA WROCŁAWSKI PIAST! :D



DAJEMY!!! JEST DOBRZE!!! JEST PIĘKNIE!!!


WJEŻDŻAMY JUŻ NA ŚCIEŻKĘ BIEGNĄCĄ WZDŁUŻ ODRY I NYSY ŁUŻYCKIEJ


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 9

BORNHOLM 2008 - Dzień 7.

Sobota, 19 lipca 2008 · Komentarze(8)
RUGIA, KLIFY I WIELKA BURZA

Poprzedni dzień --- Następny dzień

Pobudka w okolicach godzinki ósmej. Trochę trwa zanim się zbierzemy.
Jedziemy do Netto po zakupy, a potem kierujemy się na północ.
Dojeżdżamy do miejscowości Hagen i tam na parkingu zostawiamy nasze rowery.
W tym czasie konsumujemy śniadanie a także korzystamy z prysznica, co jest dla nas czymś cudownym! :D
Wreszcie się wykąpałem w ludzkich warunkach i nie musiałem zachłystywać się słoną woda morską przy myciu. hehe

Ruszamy na pieszą wycieczką ścieżkami parku narodowego Jasmund. Po jakimś czasie docieramy nad klify Stubbenkammer, a konkretnie Königsstuhl o wysokości 118 metrów. Robimy fotki i schodzimy na sam dół klifu. Do kamienistej, kredowej plaży prowadzi ponad 400 stopni. Całkiem tu sympatycznie, choć obaj z Matysem spodziewaliśmy się czegoś więcej.
Nie ma co jednak narzekać.
Widoki piękne, spacer udany, więc wracamy do rowerów.

Gdy do nich dotarliśmy jemy jeszcze ciepły posiłek, a potem ruszamy w stronę miasta Stralsund, gdzie jest most łączący Rugię z resztą Niemiec.
Naszym celem jest pokonanie dziś przynajmniej 100 km.
To jednak nam się nie udaje, gdyż za Stralsund dopada nas burza. Długi czas jedziemy licząc na to, że jednak uda nam się ją ominąć. Niestety po kilku kilometrach znajdujemy się w jej centrum. Postanawiamy szybko się robić w przydrożnym lasku.
Tak więc przy lejącym deszczu, błyskającymi i grzmiącym niebie kończymy naszą jazdę tego dnia.

W namiocie schniemy, jemy i idziemy spać.
Zaczynam obliczać ile km zostało nam do domów...
Wychodzi mi prawie 500 km! Nie jest dobrze. Istnieje ryzyko, że nie uda nam się wrócić na rowerach, bo jesteśmy ograniczeni czasowo i nie możemy pozwolić sobie na powrót do domu o jeden dzień później.
Nic to...
Będzie trzeba jechać! :)


TRASA:
D/Sassnitz -> Buddenhagen -> Hagen -> Nipmerow -> Blandow -> Nardewitz -> Bisdamitz -> Baldereck -> Sagard -> Borchitz -> Semper -> Lietzow -> Bergen auf Rugen -> Teschenhagen -> Zirkow -> Samtens -> Rambin -> Stralsund -> Brandshagen -> Reinberg

ŚNIADANIE ;)


KLIFY STUBBENKAMMER




RUGIJSKIE KLIMATY


STRALSUND – MOST ŁĄCZĄCY RUGIĘ Z RESZTĄ NIEMIEC


PIĘKNE NIEBO ALE... GRZMIAŁO :D


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 8, 9

BORNHOLM 2008 - Dzień 6.

Piątek, 18 lipca 2008 · Komentarze(10)
DZIEŃ LENIA - PROM ODPŁYWA BEZ NAS

Poprzedni dzień --- Następny dzień

To taki nasz niechlubny dzień wyprawy. :D
Mieliśmy płynąć promem o 12:45 z Trelleborga do Sassnitz w Niemczech i jeszcze tego samego dnia odwiedzić tam klify w parku narodowym Jasmund.
Tak się jednak nie stało...

Zbyt późno wstaliśmy, zbyt długo się zbieraliśmy...
Gdy już złożyliśmy namiot i byliśmy gotowi do jazdy to do promu zostało nam 45 minut i prawie 9 km jazdy. Do tego musieliśmy trafić do portu bezbłędnie i odebrać zarezerwowane bilety...
Nie udało się.
Razem z Matysem się pogubiliśmy, pomyliliśmy wjazdy do odprawy promowej, nie odnaleźliśmy od razu budynku głównego w porcie i generalnie zrobiło się wielkie zamieszanie...
Chyba nie na co dzień jeżdżą za Wami jeepy i autobusy po placu manewrowym w szwedzkim porcie?! :D
To było coś. Niestety mimo serdeczności pewnej pani z obsługi nie udało nam się już dostać na prom.
Na szczęście w kasie przebookowali nam bilet i mogliśmy odpłynąć z Trelleborga jeszcze tego samego dnia, jednak dopiero po godzinie 17:00.
Trudno.
Szczęście w nieszczęściu, że w ogóle mogliśmy płynąć następnym promem. :)

Musieliśmy nieco zmodyfikować plan dnia. Najpierw siedzieliśmy na ławce w porcie i odpoczywaliśmy. Poza tym emocje musiały nieco opaść, bo byliśmy trochę źli na siebie. Po jakimś czasie przeszło nam i mogliśmy kombinować co tu robić.
Pojeździliśmy po Trelleborgu i jego przedmieściach ale generalnie to strasznie się obijaliśmy. :)

W końcu po siedemnastej byliśmy na promie.
Tam spotkaliśmy sporo Polaków i Romów więc towarzystwo mieliśmy takie sobie. hehe
No ale przynajmniej wesoło momentami było, gdy się wysłuchiwało ciekawych „opowieści dziwnej treści” przedstawicieli w/w narodów pomieszkujących sobie w Szwecji. ;)

Podróż do Sassnitz trwała prawie 4 godziny a więc byliśmy w Niemczech w okolicach godziny 21. Późno.
Wiadomym było, że nie pojeździmy dziś więc postanowiliśmy dojechać jedynie do miasta i znaleźć jakąś miejscówkę na rozbicie namiotu.
Wcześniej na stacji benzynowej kupiliśmy sobie Coca-Colę i zimne browarki na sen. :)
W Sassnitz rozbiliśmy się blisko portowych zabudowań, ale w takim dyskretnym miejscu, że nikt nam nie przeszkadzał ani w nocy, ani rano, a mieliśmy 20 metrów do drogi portowej. :)
To była fajna miejscówka.

PORANNY KRAJOBRAZ


WRESZCIE DOSTAJEMY SIĘ NA PROM!



NAJPIERW MAŁE BUJANKO PO PROMIE...


A POTEM PODZIWIAMY KRAJOBRAZY ;)



PIOTRUŚ PAN :D


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 4, 5, 7, 8, 9

BORNHOLM 2008 - Dzień 5.

Czwartek, 17 lipca 2008 · Komentarze(12)
KOPENHAGA ORAZ PIERWSZE KILOMETRY W SZWECJI


Poprzedni dzień --- Następny dzień


O szóstej rano dopływamy do Koge. Wyspiarska przygoda się skończyła, teraz czas na pedałowanie po stałym lądzie.
Jest bardzo chłodno. Noc na promie była ciężka – trochę zmarzłem ale najważniejsze, że udało się zaliczyć kilka godzin snu. :)
W porcie Matys łata dętkę, ja coś tam jem.
Potem troszkę kręcimy się po Koge i w końcu otwierają pierwsze sklepy. Robim więc szybkie zakupy i sprawiamy sobie porządne śniadanie z ciepłym jeszcze chlebkiem w rolach głównych! :)

Po jedzeniu ruszamy w stronę Kopenhagi. Nie jedziemy długo. Zaczyna padać. Szybko zjechaliśmy do przydrożnej budki z hot-dogami – jest jeszcze zamknięta. Rozsadzamy się tam na stoliczkach, leje coraz bardziej, a my zasypiamy. :D
Budzimy się dwie godziny później, odpoczęliśmy, deszcz przestał padać, budka już otwarta, więc jemy coś ciepłego.
Teraz już można jechać na podbój Kopenhagi!

Po drodze spotykamy sympatycznego Duńczyka, który jechał z jedną sakwą do Bergen w Norwegii! :D
Jedziemy razem przez jakieś 15 km, ma bardzo szybkie tempo, bo rzadko kiedy schodziliśmy poniżej 33 km/h! Jest piekielnie mocny (co ciekawe miał zapewne ponad 40 lat). Na jednym ze skrzyżowań się żegnamy, on jedzie w swoim kierunku a my do stolicy Danii.

W końcu docieramy na miejsce. Dobrze, że zrobiła się ładna pogoda. Dzięki temu przez kilka godzin zwiedzamy sobie Kopenhagę – jest tam bardzo ładnie ale to co mi zapadnie w pamięci z pobytu w tym mieście to na pewno setki, tysiące rowerzystów i rowerów! Gdzie się nie obejrzysz tam rower! :D
Ludzie dojeżdżają nimi wszędzie. Do pracy i na zakupy, nawet przy przystankach autobusowych są porobione zadaszone parkingi dla rowerów.
Warto wspomnieć, że rowerzysta w Danii jest niezwykle szanowany przez kierowcę. Tam nikt nie zajeżdża ci drogi, każdy kierowca czeka aż przez przejście przejadą wszyscy rowerzyści, choćby było ich z pięćdziesięciu! Dla mnie rewelacja!
Mam nadzieję, że za bardzo nie przyzwyczaiłem się do tego, bo mogę się zapomnieć na ścieżce rowerowej we Wrocławiu i rozjedzie mnie jakiś zakompleksiony kierowca. :D

Gdy już zwiedziliśmy centrum udaliśmy się na posiłek. Zjadłem taką pizzę, że ledwo od stoły wstałem. :D
Po tym pojechaliśmy na dworzec główny i kupiliśmy bilety na pociąg do Malmo.
Po kilku chwilach jazdy w zatłoczonym wagonie, przeprawiliśmy się na drugą stronę cieśniny Oresund, tym samym znaleźliśmy się w Szwecji.

Najpierw kręcimy się po Malmo, oglądamy centrum, zawitaliśmy też w tamtejszym porcie, a także zjeździliśmy ścieżki na obrzeżach miasta.
Na koniec zostaje nam odnalezienie drogi nr 101 prowadzącej do Trelloborga – to jednak nie było proste ale przy pomocy uczynnego Szweda udaje nam się to. :D
Przy okazji po raz pierwszy w życiu poruszałem się rowerem po autostradzie. hehe

W czasie drogi do Trelleborga zapada zmierzch, jednak noc jest dość jasna (w końcu to Szwecja :D ).
W samym Trelleborgu szukamy dogodnej miejscówki do rozbicia namiotu. Ostatecznie rozbijamy się 8 km od centrum, blisko plaży – bardzo przyjemne miejsce.
To był kolejny świetny dzień! :)


TRASA 1:
DK/Koge (droga nr 151)-> Jersie -> Solrod -> Karlstrup -> Karlsunde -> Greve -> Hundige -> Kopenhaga (zwiedzanie)

TRASA 2:
S/Malmo -> Kristineberg -> Vastra Ingelstad -> Mollevangen -> Ostra Grevie -> Stora Slagarp -> Klorup -> Vastra Vemmerlow -> Trelleborg

JESTEŚMY W KOGE! ;)


KIERUNEK KOPENHAGA


TROCHĘ ZDJĘĆ Z KOPENHAGI:




















TRZEBA ZNALEŹĆ DWORZEC I UDAĆ SIĘ DO MALMO


JESTEŚMY JUŻ W SZWECJI


TROCHĘ KLIMATÓW Z MALMO






I JEDZIEMY DO TRELLEBORGA


MATTI NA JEDNEJ Z ULIC W TRELLEBORGU


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 4, 6, 7, 8, 9

BORNHOLM 2008 - Dzień 4.

Środa, 16 lipca 2008 · Komentarze(20)
PARADA ATRAKCJI I POŻEGNANIE Z WYSPĄ


Poprzedni dzień --- Następny dzień


Po niezbyt przyjemnie spędzonej nocy czeka nas czas na wspaniały dzień!
Tego dnia, o godzinie 23:30 mamy prom do Koge, a więc opuszczamy wyspę. :(
Trzeba ostatnie godzinie na Bornholmie dobrze wykorzystać. Mamy ambitny plan. Chcemy z Dueodde pojechać na samą północ, chcemy również odwiedzić 3 rotundy jakie nam zostały, zobaczyć za dnia zamek Hammershus, drugą latarnię na północy, wodospad Dondal i jeszcze trochę... :D

Z Dueodde ruszamy do Nexo. Zakupy w Netto i po chwili robimy sobie śniadanie w przystani dla kajakarzy. Jest chleb, są wędlinki, jest piwo, owoce i słodycze, a przy tym swoimi promieniami oblewa nas słońce! Piękny początek dnia! :)

Po śniadaniu jedziemy do malutkiej osady Kildevang, jest ona położona poza ścieżką rowerową więc panuje tam niesamowity spokój...
Nieopodal niej znajduje się malutki kościółek z XII wieku! Sankt Ibs Kirke – polecam każdemu to miejsce. Warto się tam znaleźć i odpocząć.
My jednak nie mamy czasu na długi odpoczynek i po kilkunastu minutach opuszczamy to przyjemne miejsce.
Jedziemy do Ostermarie, bo chcemy zobaczyć kolejny piękny kościółek. I znów spotykamy śliczną budowlę. Co prawda nie ma tam już takiego klimatu jak w Sankt Ibs Kirke ale jest też przednio! Po drodze do tej miejscowości odwiedziliśmy zagajnik z dziesiątkami menhirów (to są kamienie runiczne, które stawiano w czasach panowania Wikingów, odgrywały ważną rolę w życiu duchowym mieszkańców wyspy) – Louisenlund.

Z Ostermarie mkniemy do Osterals. Pogoda dopisuje!
Tam zwiedzamy naszą drugą rotundę na wyspie. Za 10 koron można zwiedzić jej wnętrze – oczywiście korzystamy i nie żałujemy.
Chwilkę odpoczywamy, jemy, a także kupujemy pamiątki. Przy okazji w sklepie dorwałem się do internetu i mogłem zajrzeć na Bike Stats. :D
W tym miejscu napiszę też, że ta rotunda była dość mocno komercyjna w moim odczuciu. Podjeżdżały pod nią autokary zapakowane turystami, a więc w tym miejscu nie było tego klimatu co we wspomnianych wcześniej dwóch kościółkach. Ale rotunda piękna! :)

Po Osterlars zahaczamy o Centrum Średniowiecza (Middelaldecenter) – ciekawe to miejsce, coś w stylu polskiego Biskupina. :)
Dalej na trasie mamy miejscowość Ro, a tam wiatrak (akurat był w remoncie, więc mało ciekawie się prezentował) i kościółek – również ładny.
Z tego miasteczka kierujemy się na zachodnie wybrzeże i podziwiamy klify Helligdomsklipperne, bardzo ciekawe miejsce z pięknymi widokami.
Po klifach przychodzi czas na zobaczenie wodospadu Dondal (to największy wodospad Danii). Niestety chyba ostatnio na Bornholmie rzadko padało, bo wodospad wygląda na mocno uśpiony. ;)
Po następnych kilku kilometrach zatrzymujemy się przed Tejn w miejscu zwanym Stammrshalle, gdzie znajdują się groby z epoki brązu – tu również nam się podoba. :)
Z samego Tejn jedziemy do Olsker, a więc znów oddalamy się od wybrzeża, co oznacza, że mamy pod górę. Podjazd jest dość ciężki i długi. Nie myślałem, że na Bornholmie będziemy pokonywać podjazdy, które mają 2 kilometry. :D
W ogóle mimo tego, że jest to wyspa, to troszkę pod górę się wspinaliśmy przez trzy dni pobytu na niej. Ale my to lubimy. :D

Olsker to miejscowość z kolejną rotundą – to już była nasza trzecia, a więc do odwiedzenia została ostatnia. Ale na to czas będzie później, bo my teraz gonimy do Hammershus. Jesteśmy na tym zamku już drugi raz podczas wyjazdu – tym razem za dnia, a więc podziwiamy jego ruiny w całej okazałości. :)
Z zamku pedałujemy do Sandvig, tym razem w tej miejscowości podziwiamy otoczone wysokimi klifami jeziorko Hammerso, a także odwiedzamy drugą z tamtejszych latarni – Hammer Fyr, na którą również wchodzimy i podziwiamy okoliczne widoki.
Do latarni wiedzie krótki ale bardzo stromy podjazd. Fajnie. :D

Dużo atrakcji jak na dziś, a zostało jeszcze trochę. :)
Chcemy odwiedzić urwisko skalne Jons Kapel, przejechać się ścieżką wzdłuż zachodniego wybrzeża oraz zobaczyć ostatnią rotundę w Nyker i kościółek w Klemensker.
Niestety zostało mało czasu, o 23:30 prom...
Odpuszczamy Klemensker.

Z Hammershus jedziemy ścieżką nr 10 w stronę Ronne. W pewnym momencie porzucamy rowery i udajemy się na dwukilometrowy spacer do Jons Kapel. To była wielka przygoda! Ciągle szliśmy ścieżką wiodącą szczytami klifów, 40 metrów nas poziomem morza, blisko urwiska – coś pięknego! (później okazało się, że do Jons Kapel jest krótsza droga ze ścieżki rowerowej ale my cieszymy się, że szliśmy właśnie tą :) )
W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie z klifu do morza opuszczone były strome schody. Oczywiście schodzimy na sam dół. To co tam przeżyliśmy uważam za najpiękniejsze chwile całej wyprawy!

Byłem małym człowiekiem, na samym dole klifów, dookoła czterdziestometrowe skalne urwiska, huk fal rozbijających się o klify, w powietrzu unosiły się krople wody, widok na morze – wielką przestrzeń, na horyzoncie zachodzące słońce i setki ptaków latających w powietrzu...
Wierzcie mi lub nie ale adrenalina tam skoczyła mi mocno. To miejsce jest jednym z piękniejszych jakie w życiu widziałem. Być może odniosłem takie wrażenie, bo trafiliśmy tam podczas zachodu słońca.
Jeśli wybieracie się na Bornholm to koniecznie odwiedźcie Jons Kapel! Najlepiej podczas zachodu słońca. Zejdźcie na sam dół urwiska i poczujcie się wolno!
Świat jest piękny!

Po tych przeżyciach wsiadamy na nasze cudowne rowery obładowane bagażami i jedziemy ścieżką rowerową do Hasle. :D
Ten odcinek (Jons Kapel - Hasle) uważam za najfajniejszy jakim jechaliśmy na całej wyspie. Od ścieżki do morza było może 10 metrów! I przez kilka kilometrów tak jechaliśmy – bezcenne doznania. Nie miałem już cienia wątpliwości – wyjazd na Bornholm to był strzał w dziesiątkę!

W Hasle zjeżdżamy na drogę i szybkim tempem ciśniemy do Nyker. Cieszymy się, że udaje nam się zobaczyć czwartą – ostatnią rotundę na wyspie! Szybka fotka i spieszymy się do Ronne, by zdążyć na ten prom. :D

Jakoś się udaje. Nawet dokręciliśmy do setki. :)
Matys już koło portu złapał kapcia i prowadził rower, a ja skoczyłem na stację benzynową po Carlsbergi, bo czekał nas sześciogodzinny rejs do Koge.
Po kilku chwilach płyniemy. Opuszczamy wyspę. Wiemy już, że najpiękniejsza część wyprawy była za nami.

Na promie myjemy się, pijemy piwko, jemy kolację i kładziemy się spać. Jeszcze zostało 5 dni jazdy! Trzeba odpoczywać. :)

Według mnie czwarty dzień wyprawy był tym najlepszym. Zobaczyliśmy wiele wspaniałych miejsc i w głowach zostanie na stałe to co przeżyliśmy na Jons Kapel!


TRASA:
Duoodde -> Snogabaek -> Balka -> Nexo -> Arsdele -> Kildevang -> Louisenlund (menhiry) -> Osterlars -> Ro -> Badsted -> Tejn -> Olsker -> Hammershus -> Sandvig -> Vang -> Teglkas -> Helligpeder -> Hasle -> Muleby -> Kirkeby -> Nyker -> Ronne

TO BYŁA CIĘŻKA NOC...


DUEODDE – IDEALNA PLAŻA DLA NUKI :)


MORSKA FALA Z RANA NIEŹLE ORZEŹWIA :D


CZAS JECHAĆ DALEJ


ŚNIADANIE


I TRZEBA DEPTAĆ W TE PEDAŁY...


SANKT IBS KIRKE


STARY NAGROBEK PRZY SANKT IBS KIRKE


ŁADNIE SIĘ WPISAŁEM DO KSIĄŻECZKI :D


W LOUISENLUND


KOŚCIÓŁEK W OSTERMARIE


STARY KAMIEŃ NAGROBNY – OSTERMARIE


MATYS PRZECIERA KOLEJNE SZLAKI


ROTUNDA W OSTERLARS


OŁTARZYK W ROTUNDZIE


CHRZCIELNICA


WIDOK Z OKIENKA NA SZCZYCIE ROTUNDY


JEDYNA CHWILA NA CAŁEJ WYPRAWIE POŚWIĘCONA BIKE STATS.PL :D


BORNHOLM WCALE NIE JEST TAKI PŁASKI :D


RO – KOŚCIÓŁEK


PO DRODZE MIJAMY KOLEJNE SYMPATYCZNE DOMKI


TROCHĘ FOLKLORU NIGDY NIE ZASZKODZI :D


HELLIGDOMSKLIPPERNE


TE SAME KLIFY


WSCHODNIE WYBRZEŻE


STAMMERSHALLE


WODOSPAD DONDAL


LAS W OKOLICY DONDAL


DAMIAN + MŁYNARZ?! ;P


PIĘKNE SĄ TE ZABUDOWANIA NA BORNHOLMIE


ALE NATURA JEST NAJCUDOWNIEJSZA


OLSKER – KOLEJNA ROTUNDA


WRESZCIE ZŁAPALIŚMY KAPCIA! A JUŻ SIĘ MARTWIŁEM ;)


JEZIORKO OPALSOEN SĄSIADUJĄCE Z WIĘKSZYM HAMMERSO


LATARNIA HAMMER FYR ZDOBYTA


HAMMER FYR


WIDOK Z LATARNI


ZJAZD Z LATARNI :)


WAROWNIA HAMMERSHUS


PIĘKNE WYBRZEŻE PÓŁNOCNO-ZACHODNIE


TE WIDOKI TRZEBA CHŁONĄĆ GDY SIĘ TAM JEST


MIODOZŁOTE MORZE


WYBRZEŻE OBLANE PROMIENIAMI SŁOŃCA


MŁYNARZ


W DRODZE NA JONS KAPEL


JESZCZE TRZEBA ZEJŚĆ NA DÓŁ


BY PODZIWIAĆ TAKIE WIDOKI...


ZACHÓD SŁOŃCA WIDZIANY Z JONS KAPEL


AJUTO! ;P


ADRENALINA SKOCZYŁA MI W TYM MIEJSCU ZNACZNIE


POCZUĆ TE FALE NA TWARZY...


POCZUĆ TEN MORSKI ŻYWIOŁ!


I CIESZYĆ OCZY TAKIM ZACHODEM!


PO PROSTU POCZUĆ SIĘ JAK W RAJU


JONS KAPEL – MIEJSCE NIEZWYKŁE


TAM MOŻNA BYŁO POCZUĆ SIĘ NAPRAWDĘ WOLNYM :)


DWAJ PRZYJACIELE :D


NYKER – CZWARTA, OSTATNIA Z ROTUND


MATYS NA PROMIE DO KOGE


JA TEŻ SIĘ RELAKSOWAŁEM :)


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 3, 5, 6, 7, 8, 9

BORNHOLM 2008 - Dzień 3.

Wtorek, 15 lipca 2008 · Komentarze(19)
LAS, LAS, LAS...

Poprzedni dzień --- Następny dzień



To było do przewidzenia...
Wstajemy bardzo późno, w okolicach godziny 12:00. :D
Ale wiemy jedno, ten odpoczynek był potrzebny, bo dwie poprzednie noce były praktycznie go pozbawione.
Teraz czujemy się świetnie!

Nasza miejscówka jest genialna. Mamy rano widok na morze, skały i okoliczną roślinność.
Dookoła kojąca cisza i zero ludzi...
Paradise! :D

Musimy podzielić się obowiązkami. Matys zostaje przy naszym namiocie i przygotowuje ognisko. Ja jadę do Nexo po zakupy, byśmy mieli co jeść na śniadanie. Przy okazji kupuję znaczki pocztowe. Najbardziej jednak cieszy mnie co innego...
Zagadałem do pani w sklepie rybnym, by podładowała mi baterię do aparatu. :D
Dzień wcześniej byłem zmartwiony tym, że dziś może mi ona paść ale na szczęście pani była miła i wzięła ode mnie ładowarkę! Taki niby drobiazg ale dla mnie w tym konkretnym miejscu i czasie była to wielka rzecz!

Wracam do namiotu i rozpalamy ognisko. Jemy kiełbaski i generalnie śniadanie zamienia się w ucztę. :)
Później, rozleniwieni, leżymy sobie z godzinkę wylegując się na nadmorskich skałach i planując dzisiejszą trasę. Na koniec piszemy kartki do rodziny i znajomych. (obowiązek z głowy hehe)

Wreszcie ruszamy. Najpierw do Nexo wysłać kartki i pozwiedzać miasteczko. :)
Ja odbieram naładowaną baterię do aparatu, serdecznie dziękuję pani w sklepie i daję jej czekoladę – strasznie się cieszy. Jak to fajnie, gdy ludzie sobie pomagają i są dla siebie mili. :)

Jeździmy sobie między tymi sympatycznymi domkami po klimatycznych uliczkach. Dookoła kolorowo. Bardzo cieszy mnie to, że na obrzeżach miasta jest cisza i spokój, po prostu mniej ludzi, bo jadąc na Bornholm chciałem właśnie odpocząć od tłoku i całego tego goniącego świata. :D
Odwiedzamy przeuroczy kościółek w Nexo – jak się później okazuje, kościółek ten to był dopiero przedsmak tego, co mieliśmy zobaczyć. :)

Dzisiejszym celem był środek wyspy, a więc zapuściliśmy się lasy Almingden. :)
Ale po kolei...

Jedziemy w stronę Arsdele i skręcamy w lewo, na ścieżkę rowerową nr 22. Jest ciężko, bo często pod górę i wiatr wiejący w twarz. W końcu docieramy do lasu, co jest dla nas zbawienne. :)
Pierwszy lasek przez jaki jedziemy to Paradisbakkerne, jest tam pięknie, są też ścieżki którymi można zwiedzać lasek – niestety przeznaczone dla turystów pieszych, a my już dziś nie możemy sobie pozwolić na szastanie czasem na lewo i prawo. :)
I tak samą ścieżką rowerową jedzie się rewelacyjnie, często w górę, by po chwili zjeżdżać i manewrować na zakrętach – jest pięknie!
Odwiedzamy grodziska Ostre Pilt i Kragesten – nie robią one jednak szału. :)
Mijamy również rezerwat ornitologiczny Olene – ciekawe miejsce, bardzo fajnie zorganizowane. Pasjonaci ptactwa pewnie muszą czuć się tam jak w raju.
Po kilkunastu kilometrach docieramy do jeziorka Bastemose – ono jednak jest przeciętne, bo mocno zarośnięte i mało na nim widać.
Nic to, czekają na nas lepsze atrakcje. :)

Kolejne przystanki to ruiny zameczku Gamleborg, z którego właściwie zostały jedynie wały i kilka kamieni. ;)
Za to sąsiedni zamek Lileborg, położony na wzgórzu nieopodal jeziorka Borgeso, jest cudny!
Świetna lokalizacja i dość dobrze zachowane ruiny sprawiają, że można tam poczuć powiew średniowiecza – my w każdym razie byliśmy zauroczeni tym miejscem.
Po tym docieramy na skraj skał Ekkodalen, gdzie ludzie z różnych krajów krzyczą i pozdrawiają się w różnych językach, a to dlatego, że w tym miejscu niesie się niesamowite echo (dzięki wysokimi, granitowymi ścianami). My sobie śpiewamy... Polska! Biało-Czerwoni! :D
Następnie czas na danie główne dnia, a więc wjazd na Rytterknægten – najwyższy szczyt Bornholmu (162 m n.p.m). Wjazd jest prosty, na górę prowadzi szutrowa ścieżka.
Po przybyciu na wysokość 162 metrów jest nam wciąż mało, więc wdrapujemy się na tamtejszą wieżę widokową – świetna sprawa! Co ciekawe, wstęp jest gratisowy (jak z resztą odwiedzanie większości atrakcji turystycznych na tej wyspie :) ).
Szaleńczy zjazd w dół i dalej mkniemy ścieżką rowerową, by szybko ją opuścić i wjechać na drogi lokalne.
Powiem szczerze, że zapuszczanie się na lokalne dróżki jest nawet ciekawsze niż poruszanie się ścieżkami rowerowymi. :)
My jedziemy do Nylars. Po drodze spotykamy ciekawy „rzeźbiarski ogródek” (ścieżka rowerowa nr 21, okolice Lobaek), gdzie można obejrzeć dziesiątki świetnych płaskorzeźb autorstwa niejakiego pana Slou. Bardzo ciekawe miejsce.
Gdy jesteśmy już w Nylars to mamy okazję obejrzeć pierwszą ze słynnych bornholmskich rotund (na całej wyspie są cztery takie budowle). Ciekawie to wygląda, a wokół cisza, cisza i... cisza. Po prostu spokój.

Na koniec jedziemy do Ronne. Tam wpadamy do portu, by odebrać nasze bilety na jutrzejszy prom do Koge.
Dalsza jazda jest już pozbawiona atrakcji, bo... znowu robi się ciemno, więc mało widzimy. A jedziemy na drugi koniec wyspy do Dueodde, gdzie ponoć jest najlepsza plaża na całej wyspie. I chyba faktycznie tak jest, bo piasek jaki tam zastaliśmy był bardzo delikatny dla stóp, a do tego strasznie szeroka ta plaża! (w sam raz dla Nuki :D )

W tę noc nie rozkładamy namiotu. Śpimy pod gołym niebem.
Matys ma fajnie, bo śpi w śpiworze, ja natomiast na wyjazd zabrałem kocyk. :D
Nie trudno się domyślić, że troszkę zmarzłem. hehe
O tym, że... w nocy troszkę padał deszcz chyba nie warto pisać. (muszę szybko zapomnieć o tym incydencie) ;)

Dzień drugi = dzień udany! :D


TRASA:
Do Nexo na zakupy i powrót do namiotu, a następnie zwiedzanie Nexo i:
Nexo -> Arsdele -> ścieżka rowerowa nr 22 -> Rytterknægten (162 m n.p.m.) -> Lobaek -> ścieżka nr 21 -> Nylars -> Ronne -> Arnager -> Sose -> Grodby -> Pedersker -> Povlsker -> Lillevang -> Dueodde

MIEJSCE NASZEGO NOCLEGU


MATTI PRZYGOTOWUJE DREWIENKO NA OGNISKO :D


CIEPŁA KIEŁBORKA NA ŚNIADANKO


MÓGŁBYM TAK LEŻEĆ CAŁY DZIEŃ!


ULICZKA W NEXO


MATYS RÓWNIEŻ NACIERA :)


KOŚCIÓŁEK W NEXO


STARE GROBY NA PRZYKOŚCIELNYM CMENTARZU W NEXO


WYSYŁANIE POCZTÓWEK


WIDOCZKI Z TRASY


AUTA TO RZADKI WIDOK NA DROGACH LOKALNYCH BORNHOLMU


MY I TAK W WIĘKSZOŚCI PORUSZAMY SIĘ ŚCIEŻKAMI ROWEROWYMI


KTÓRE SĄ DOSKONALE OZNACZONE...


W RAZIE PROBLEMU MOŻNA ZWRÓCIĆ SIĘ O POMOC DO TUBYLCÓW ;)


I JADYMY!


KAŻDY ORZE JAK MOŻE! ;P


PODCZAS JAZDY TRZEBA SIĘ CZASEM SCHŁODZIĆ...


NA WIEŻY WIDOKOWEJ NA RYTTERKNAEGTEN


WIDOK Z WIEŻY


TWÓRCZOŚĆ FARMERA SLOU – JEDNA Z WIELU RZEŹB


NYLARS – ROTUNDA


SŁOŃCE ZACHODZI


W TAKIEJ SCENERII JEDZIEMY DALEJ


PORT W RONNE


PROM, KTÓRYM DNIA NASTĘPNEGO OPUŚCIMY WYSPĘ


Pozostałe dni wyprawy:
1, 2, 4, 5, 6, 7, 8, 9